InterAffairs

Śr11212018

Last update09:48:30 AM

RUS ENG FR DE PL ESP PT ZH AR

Font Size

SCREEN

Profile

Layout

Menu Style

Cpanel
czwartek, 19 lipiec 2018 20:36

Białoruś w polskiej polityce

Written by

Polityka Polski odnośnie Białorusi stanowi część składową szerszej tzw. polskiej polityki wschodniej, której celem jest stworzenie warunków do tego, by Warszawa osiągnęła pozycję lidera w Europie Środkowo-Wschodniej.

Przy czym, bez względu na to, że od rozpadu Związku Radzieckiego minęło ponad 25 lat, jednoznacznej strategii w kwestii białoruskiej Warszawa nie była w stanie wypracować. Polska polityka na Białorusi charakteryzuje się niezdecydowaniem. Warszawa podkreśla, że zachowanie polskiej obecności kulturowej w republice jest ważne, ale umyślnie idzie na ustępstwa białoruskim nacjonalistom, którzy nie zawsze pozytywnie oceniają rolę Polski w historii Białorusi.

M.in. nadający na Białorusi polski kanał telewizyjny „Belsat” wypuszcza na antenę programy, które w sposób krytyczny naświetlają działania Polski na terytorium Białorusi w tym czy innym okresie historycznym (działalność Armii Krajowej podczas II wojny światowej, etc.) (1).

Polska stara się wspierać białoruski nacjonalizm, ale jednocześnie trzymać go pod swoją kontrolą, małymi porcjami rozprzestrzeniając przez kontrolowane media białoruską propagandę nacjonalistyczną.

Właściwy polskiej świadomości zmitologizowany obraz szlachcica-katolika jako kolonizatora i nosiciela szlachetnych cech stojącego w opozycji do szorstkiego, prawosławnego chłopstwa tworzy pomiędzy dwoma narodami hierarchię, gdzie Białorusini zajmują mniej honorowe miejsce.

Rzecz w tym, że polska historiografia bardzo postarała się o to, żeby utrzymać i umocnić ten obraz jako skoncentrowane wyrażenie polskiego patriotyzmu. Ale obraz ten zamiast umacniać, podkopuje autorytet Polski wśród Białorusinów.

Polska historia nie może się go wyrzec z powodu zawartych w nim konstytutywnych polityczno-ideologicznych i etyczno-religijnych funkcji. Dlatego jego popularyzacja jako ucieleśnienia polskiego charakteru nie sprzyja polepszeniu odbioru przez Białorusinów polskiego okresu w historii republiki.

W kwestii białoruskiej Polska nie dała rady połączyć dwóch ideologii. Jedna z nich głosi, że Białorusini to niezależny i niebliski Rosji i Rosjanom naród; druga – że Białoruś to obrzeża Polski (wschodnie tereny byłej Rzeczpospolitej).

Rzeczywiście, ciężko jest to połączyć.

Jeśli Białorusini to odrębny naród z prawem suwerenności, to dlaczego Rzeczpospolita włączyła Białoruś w swój skład? Jeśli Białoruś to obrzeża Polski, to dlaczego Białorusini liczą się jako odrębny naród z prawem suwerenności? Tymczasowa ideologia o szlachetnej misji cywilizatorskiej Polaków na Białorusi nie cieszy się popularnością w republice, negatywnie odbijając się na imidżu Polski w oczach Białorusinów.

Przy tym białoruska polityka Polski pozostaje zorientowana etnicznie i religijnie. Strona polska prowokuje spięcia pomiędzy białoruskimi etnicznymi Polakami i katolickimi Białorusinami a pozostałą częścią ludności. Takie podejście stawia polską mniejszość na Białorusi w opozycji do władzy i jej wyborców, umacnia ich ideologiczną konfrontację, przekształcając ją w stały konflikt.

Na pewno nie wszyscy w Polsce zgadzają się z tym, że jest to najlepszy sposób współpracy Warszawy z polską diasporą. Popychając Polaków do konfliktu z Mińskiem, Warszawa sama staje się przyczyną ograniczeń, które Mińsk nakłada na działalność polskich organizacji. A to z kolei nie sprzyja zachowaniu i wzmocnieniu się polskiej obecności kulturowej na Białorusi i teoretycznie jest sprzeczne z oficjalnymi celami polskiej polityki na Białorusi.

Obecność na Białorusi dwóch sojuszy Polaków (jeden lojalny Warszawie, drugi Mińskowi) świadczy o rozbieżnościach w wizji roli, jaką w republice powinna odgrywać polska mniejszość (2,3).

Białoruska polityka Polski charakteryzuje się znaczną zawartością propagandy antyradzieckiej. Jest to związane z tym, że ideologia państwowa poradzieckiej Białorusi zachowała znamiona ideologii czasów radzieckich i stanowi splot radzieckiej historii w dziejach niezależnej Białorusi.

Współczesna Białoruś pod wieloma względami pozostaje spadkobierczynią radzieckiej Białorusi, co wyraża się w jej symbolice i metodach konstruowania przez władze teraźniejszej nacji białoruskiej.

Radziecką spuściznę w ideologii Białorusi Warszawa uważa za przeszkodę na drodze jej okcydentalizacji, a okcydentalizację Białorusi – za jeden z warunków osiągnięcia przez Warszawę pozycji regionalnego lidera. W przeciwieństwie do większości poradzieckich republik na Białorusi ten system nie poddał się ideologicznej anatemie, wiele jego elementów ocenianych jest pozytywnie i władze częściowo wcielają je w teraźniejszość.

Białoruscy nacjonaliści praktycznie zostali wyparci z wyższych kręgów, przestrzeń ich manewrów politycznych podlega surowej kontroli władz.

Koncentrując się na antyradzieckiej propagandzie, Polska stara się podważyć ideologiczne podstawy aktualnego kierownictwa Białorusi. Polskie media specjalnie przeinaczają historię Wielkiej Wojny Ojczyźnianej na Białorusi, podejmują skoordynowane wysiłki w celu demontażu ideologii antyfaszystowskich białoruskich partyzantów, rozumiejąc jej znaczenie w historii współczesnej Białorusi (4).

Białoruska polityka Polski charakteryzuje się wyższością inicjatyw politycznych nad gospodarczymi. Projekty „Euroregion Niemen”, „Euroregion Bug” nie przyniosły zauważalnych rezultatów. Inicjowany przez Polskę rozpad polskiej diaspory na dwa opozycyjne obozy jest znacznie bardziej zauważalnym projektem. Świadczy to o tym, że Warszawa patrzy na Białoruś w pierwszej kolejności przez pryzmat polityczny. Gospodarka schodzi tu na drugi plan. Takie podejście zawiera w sobie konkretny ładunek konfliktowości i nie sprzyja polepszeniu się stosunków polsko-białoruskich.

 

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

1)    http://belsat.eu/ru/

2)    http://znadniemna.pl/

3)    http://polaki.org/

4)    https://www.ritmeurasia.org/news--2018-06-25--na-britanskie-dengi-polsha-oskvernjaet-pamjat-o-velikoj-otechestvennoj-vojne-37181

Temat nadchodzących wyborów prezydenckich coraz intensywniej wypełnia ukraińską przestrzeń informacyjną. Tworzone są wersje możliwych strategii potencjalnych kandydatów, publikowane są dane z administracji prezydenta Ukrainy. Kto by nie został prezydentem tego kraju, zarówno jego osobisty punkt widzenia, jak i system stosunków socjalno-politycznych na Ukrainie będą wyznaczać kurs polityki zagranicznej.

Lista tych, którzy będą uczestniczyć w wyścigu wyborczym, już została uformowana, i raczej się nie zmieni, bez względu na szereg dziwnych oświadczeń i nieprawdziwych wiadomości. Na przykład niedawno interesujące oświadczenie złożył prokurator wojskowy Ukrainy Anatolij Matios: „W tym państwie są zdrowe siły, które jeszcze się nie połączyły i nie określiły ze swoim Augusto Pinochetem, ale on już puka do drzwi albo szuka stadionu” (regnum.ru). To szalenie ciekawe - słyszeć takie oświadczenia od prokuratora wojskowego, kogoś na jednym z najwyższych stanowisk rządowych. O ile nie miał na myśli siebie w roli „Augusto Pinocheta”, a my nie jesteśmy świadkami początku jego kampanii wyborczej.

Wracając do kandydatów, obecnie przewiduje się, że w kampanii będą uczestniczyć następujące osoby z podanymi ratingami:

J. Tymoszenko (liderka partii „Batkiwszczyna”) – 16%

A. Griszczenko (były minister obrony) – 11,7%

J. Bojko (lider partii „Blok Opozycyjny”) – 10,5%

W. Zielenski (showman, aktor) – 9,3%

S. Wakarczuk (piosenkarz) – 8,6%

O. Liaszko (lider „Partii Radykalnej”) – 8,6%

P. Poroszenko (prezydent Ukrainy) – 8,6%

W. Rabinowicz (lider partii „Samopomoc”, mer Lwowa) – 3,4%

O. Tiagnibok (lider partii „Swoboda”) – 2,8%

W. Naliwajczenko (były szef SBU) – 2%

S. Taruta (były gubernator obwodu donieckiego, właściciel korporacji ISD) – 1,1%

A. Jaceniuk (były premier, lider partii „Front Ludowy”) – 1,1%.

(ratinggroup.ua)

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest prowadzenie Tymoszenko, które obserwowane jest od kwietnia tego roku, z ratingiem dwukrotnie wyższym niż u prezydenta Poroszenki, kolejna rzecz – Poroszenko ma poparcie takie same jak Liaszko (populista, polityk nie pierwszej klasy) i piosenkarz Wakarczuk (który stanowi obraz moralnego autorytetu, pacyfisty).

Szczególnie interesująca w socjologicznej ocenie polityków jest „ciemna strona” ich ratingu – antyrating (na kogo wyborcy nie zagłosowaliby w żadnym wypadku):

P. Poroszenko – 52%

A. Jaceniuk – 30%

O. Liaszko – 23,8%

J. Bojko – 23%

J. Tymoszenko – 20,8%

W. Rabinowicz – 16%

O. Tiagnibok – 14,7%

Politycy aktualnie zajmujący stanowiska w rządzie mają najgorszą sytuację w rankingu – co wcale nie dziwi. Najwidoczniej są potrzeby, problemy, których, jak twierdzi społeczeństwo, najbardziej znaczący politycy dzisiejszej Ukrainy nie są w stanie spełnić czy rozwiązać.

Przy tym ukraińscy politycy osiągnęli w ciągu ostatnich kilku lat pewien rezultat – ich populizm i propaganda sprawdziły się, co pokazują dane sondażu, zgodnie z którymi za ciężką sytuację w kraju Ukraińcy do tej pory winią: byłego prezydenta Ukrainy W. Janukowycza (2/3 ankietowanych), P. Poroszenko – 53%, byłego ministra Ukrainy N. Azarowa – 51%, obecnego premiera W. Hrojsmana – 40%. Rosję za sytuację na Ukrainie zdecydowanie wini 52% ankietowanych, USA wini 21%. (ratinggroup.ua)

Ukraińscy politycy uważają te liczby za dające nadzieję: społeczeństwo wini za sytuację w kraju nie tylko ich, ale i przedstawicieli byłej władzy, których od 4 lat nie ma na terytorium Ukrainy. Wektor zagraniczny w duchu antyrosyjskim przez te lata też udało się wypracować – do 52%, „przyczyną” ukraińskich problemów jest Rosja.

Opierając się na tym, każdy kandydat może (i będzie) budować swój program na obwinianiu władzy, która dawno odeszła, w antyrosyjskiej retoryce. A kto nie da rady – jak na przykład lider „Bloku Opozycyjnego” J. Bojko – ten ma mniejsze szanse na zwycięstwo.

Pozwalając sobie na małą dygresję, warto zauważyć, że perspektywy partyjne „Bloku Opozycyjnego” w walce o parlament są dobre.

Jako punkt orientacyjny w programach wyborczych kandydatów może posłużyć też rating żądań względem przyszłej głowy państwa: „Zaprzestanie działań wojennych na wschodzie to dominujące żądanie społeczeństwa względem kolejnego prezydenta Ukrainy (63%).

Intensyfikacji walki z korupcją oczekuje 49% respondentów, odrodzenia przemysłu – 40%, podwyższenia warunków życia – 30%. Poprawienie jakości medycyny, zmniejszenie wpływu oligarchów na politykę, odrodzenie sektora rolniczego, wzmocnienie potencjału obronnego kraju i stymulowanie rozwoju biznesu – tego oczekuje od 11 do 19% ankietowanych. Poprawa międzynarodowego imidżu Ukrainy, reformy szkolnictwa i nauki, ochrona ukraińskiego języka i kultury – od 4 do 8% respondentów”.

Kwestia, która ma znaczenie – jaką drogę wybiorą kandydaci, a dokładniej ci, którzy mają możliwość wpływania na podejmowanie decyzji, na nastroje społeczne.

Tymoszenko może „nabić” swój rating  populizmem, jak robiła to już nie raz, demontrując burzliwą aktywność w mediach, w regionach, na konsultacjach z miejscowymi elitami i politykami na poziomie rządowym. Jej tezy dotyczą głównie kwestii gospodarczych i społecznych, jednak nie może się obejść bez polityki, dlatego już ogłosiła, że „od razu po zwycięstwie przeprowadzi referendum w sprawie zmiany formy rządów w państwie” (republika parlamentarna, bez prezydenta, bez premiera, bez kanclerza).

Tymoszenko już rozpoczęła swoją kampanię wyborczą, organizując 15 czerwca duże forum, na którym przedstawiła program „Nowy Kurs Ukrainy” (lb.ua).

Pozostałe nisze będzie eksploatował Poroszenko, który doskonale wie, że w sferze socjalno-gospodarczej nie ma praktycznie żadnych osiągnięć. W jednej z wcześniejszych publikacji już przedstawiano wersję tego, jak sytuacja może wyglądać: „Zadanie Poroszenki i jego rządu to wskazanie winnego dezintegracji Ukrainy i próba legitymizacji, nawet post factum, pomajdanowej władzy. Przy tym Poroszenko nie stawia sobie za zadanie zmiany sytuacji na południowym wschodzie kraju. Ma inną misję – na miarę swoich sił sprzyjać konfrontacji Rosji i Zachodu, otrzymać dzięki temu wsparcie, oraz jeśli chodzi o politykę wewnętrzną – zaprezentowanie pewnych sukcesów, nawet jeśli te zaliczają się do kategorii wirtualnej legitymizacji i osiągnięć jedynie deklarowanych”. (https://interaffairs.ru/news/show/19885)

Poroszenko ma wojnę na południowym wschodzie – rozpoczętą i niedokończoną; zaniedbany problem nieformalnych struktur, organizacji radykalnych, wykorzystywanych do rozwiązywania natychmiastowych celów politycznych; problem radykałów u władzy, którzy już nie są posłusznymi sojusznikami i instrumentami. To „wściekłe psy ukraińskiej demokracji”, które pragną jeszcze większej władzy, chcą mieć środki na zapewnienie sobie funkcjonowania, chcą przeprowadzać swoje akcje, żeby przypomnieć o swoim istnieniu (i z tym związane są pogromy Romów na zachodzie Ukrainy). Sytuację ostro skomentował ekspert Rostisław Iszczenko: „Każdy, kto przyjdzie lub utrzyma się przy władzy na Ukrainie, będzie zmuszony decydować, kogo się pozbyć: nieuzbrojonych resztek rosyjskiego świata z pomocą uzbrojonych nazistów czy samych uzbrojonych nazistów, licząc na struktury siłowe w 70% składające się z takich samych nazistów jak tamci”. (ukraina.ru)

Co czują ukraińscy politycy, Poroszenko i Tymoszenko, dlaczego ich sztaby zmierzają w jednym kierunku – reformy konstytucyjnej, zmiany ustroju na republikę parlamentarną? Instytucja prezydenta na Ukrainie wypaliła się, potrzeba zmiany dekoracji w obliczu oczywistych porażek i rozczarowań. O wiele przyjemniej jest nieść mniejszą odpowiedzialność  i być głową państwa na stanowisku premiera-kanclerza, wybranego przez koalicję w parlamencie. (lb.ua)

Tutaj interesujące i potrzebne są ratingi partyjne powstałe tuż przed rozpoczęciem kampanii prezydenckich.  Jeden z rozpatrywanych scenariuszy (przynajmniej jak twierdzi źródło jednego z popularnych wydawnictw internetowych) w administracji Poroszenki – przedterminowe wybory parlamentarne w celu wsparcia kampanii Poroszenki w Radzie Najwyższej z naciskiem na reformę konstytucyjną – wprowadzenie republiki parlamentarnej.

Na szczycie ratingu partyjnego znajduje się „Batkiwszczyna” (J. Tymoszenko), którą gotowe jest wesprzeć 17% tych, którzy planują iść na wybory i głosować. Drugie miejsce dzielą „Blok Opozycyjny”, „Pozycja Obywatelska” i „Sługa Narodu”, na które gotowych zagłosować jest około 10,5%. Głos na partię „Za Życie” zamierza oddać 9,6%, na „Partię Radykalną” – 8,2%, BPP Solidarność – 7,4%, Samopomoc – 5,1%, WO Swoboda – 3,8%. (ratinggroup.ua)

Partie, ich frakcje w Radzie Najwyższej, koalicje partyjne – będą to poważne punkty oparcia w przypadku reformy konstytucyjnej, uważają kandydaci na prezydentów i już teraz mogą oceniać swój początkowy potencjał partyjny. I tutaj Tymoszenko, jak widać, wyprzedza Poroszenkę, oprócz tego dość solidną podstawę obserwuje się u „Bloku Opozycyjnego”, który już teraz może dogadać się z głównymi kandydatami w sprawie składu przyszłego rządu oraz pozycji reformy konstytucyjnej. Dlatego też ratingi partyjne w kampanii prezydenckiej to poważny argument i instrument walki politycznej oraz negocjacji.

Socjologiczny przekrój oczekiwań i wymagań społeczeństwa odnośnie przyszłej głowy państwa stawia przed nowym prezydentem „nierealne cele”.

Przykre jest to, że nawet dysponujący władzą politycy nie są w stanie zmobilizować wewnętrznych zasobów, możliwości, w imieniu realnych działań mających na celu poprawę życia na Ukrainie; zamiast tego będą staczać się w populizm, nie mając ani woli politycznej, ani wsparcia politycznego wśród elit, ani poparcia społeczeństwa, aby dokonywać prawdziwych, ogromnych reform. A to dlatego, że robienie „czegoś naprawdę” oznaczałoby dla ukraińskich polityków nie rosnące, a spadające ratingi, bo wiązałoby się z koniecznością przyznania się do wielu rzeczy i bycia szczerym ze społeczeństwem, stanowczym w stosunku do elit, co jest równe śmierci politycznej. Ukraińscy politycy nie rozumieją jednego – że już są martwi. Nie zauważyli swojej śmierci politycznej, ale zrobili wszystko, żeby nadeszła, a przede wszystkim – nie wzięli pod uwagę konsekwencji politycznych swoich działań mających na celu czerpanie korzyści z bieżącej sytuacji.

Taka beztroska polityczna doprowadziła do tego, że dla ukraińskiego społeczeństwa wszyscy krajowi politycy są mniej więcej tak samo „interesujący”, dlatego że ludzie nie wierzą w ich możliwości rozwiązania aktualnych problemów. Z kolei dla ukraińskich polityków społeczeństwo to masa, elektorat, który ich nie lubi, ale i tak będzie „bawić się” z nimi w wybory. Ale i to nie smuci ukraińskich polityków, martwi ich to, że poza granicami państwa też nikogo nie interesują, i bez względu na włożony wysiłek (antyrosyjska polityka i retoryka wewnętrzna i zagraniczna) szanse na odczuwalne wsparcie Zachodu są raczej marne.

 

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zakrojony na szeroką skalę chiński projekt infrastrukturalny „Jeden pas – jedna droga” zmusza Polskę do wniesienia korekty w swoją politykę zagraniczną.

Wcześniej polski rząd reprezentowany przez partię Prawo i Sprawiedliwość wyrażał wątpliwości co do sensu swojego uczestnictwa w tym projekcie, widząc w nim zagrożenie dla amerykańskiej dominacji w Europie na korzyść Niemiec i Rosji. Jednak zaobserwowany w światowej gospodarce nieodwracalny proces umacniania się wpływów Pekinu zmusił Polskę do zajęcia bardziej elastycznej pozycji.

Handel między Azją i Europą to w planie finansowym 28% światowego obrotu towarowego. Projekt „Jeden pas – jedna droga” może zwiększyć światowy handel o 12%, obniżając związane z nim koszty w krajach będących uczestnikami projektu. Bezpośrednio dla Polski wzrost może wynieść 4% (1).

Oczekiwania Chin względem Polski w ramach projektu „Jeden pas – jedna droga” przedstawił ambasador Chin w kraju Liu Guangyuan: umocnienie zaufania politycznego, zwiększenie obrotu handlowego i wzajemnych inwestycji, rozwój polsko-chińskich więzi kulturalnych i międzyludzkich (turystyka, wymiany studenckie).

Według słów ambasadora obecnie stosunki polsko-chińskie przeżywają najlepszy okres. Jeśli popatrzeć chociażby na cyfry, dynamika stosunków polsko-chińskich wygląda następująco. W 2017 roku obrót handlowy pomiędzy Polską i Chinami wzrósł w porównaniu do 2016 roku o 20,5% (21,23 mld dolarów). Dzięki chińskim inwestycjom w Polsce stworzono 20 tysięcy miejsc pracy, Polska to ważny węzeł transportowy 11 kierunków ChinaRailway Express.

Liczba chińskich studentów na polskich uczelniach to ponad tysiąc osób (2). W polskim Nadarzynie odbyły się Targi Produktów Chińskich 2018 z udziałem 700 chińskich firm (3). Była to jedna z największych wystaw tego typu, ale jednocześnie w Polsce jest takich wiele.

Zaufanie polityczne, o którym mówił Liu Guangyuan, oznacza poszukiwanie przez Polskę balansu pomiędzy interesami USA, własnymi i chińskimi w Europie Wschodniej.

Niedawne oświadczenia byłego ministra obrony Polski Antoniego Macierewicza o tym, że Polska nie jest skazana na wieczne partnerstwo z Unią Europejską i jego alternatywą może być sojusz krajów Europy Środkowej przy wsparciu Stanów Zjednoczonych, świadczy o gotowości Warszawy do zdystansowania się względem Brukseli w celu pogłębienia stosunków z USA (4). Inwestycjom USA w polską gospodarkę Warszawa nadaje znaczenie strategiczne (5).

Innym czynnikiem powstrzymującym rozwój polsko-chińskich stosunków gospodarczych może stać się obecność amerykańskich wojsk w Polsce, jako kontyngentu NATO. USA nie dopuszczą do infrastrukturalnej i gospodarczej dominacji Pekinu we wrażliwym dla siebie regionie.

USA, Australia, Indie i Japonia omawiają stworzenie projektu infrastrukturalnego, który byłby alternatywą chińskiego „Jednego pasa – jednej drogi”. Konkretów w tym temacie jeszcze nie podano, oprócz oświadczenia, że to nie będzie wrogi projekt, a właśnie alternatywny – możliwość zaoferowania krajom prawa wyboru sojusznika gospodarczego. Ten projekt da Warszawie wygodną możliwość zrównoważenia chińskiego wpływu gospodarczego wpływem Waszyngtonu, zachowując z nim pełnoformatowe stosunki.

Zbyt upolitycznione podejście Polski do stosunków gospodarczych z Białorusią to też minus. Premier Mateusz Morawiecki jest zdania, że minimalny obrót towarowy wymagany do współpracy Polski z Białorusią to 4-5 mld dolarów. Ale do integracji Mińska z eurazyjskimi strukturami gospodarczymi, dzięki którym Białoruś zyskałaby nowe możliwości współpracy z Pekinem, Warszawa odnosi się negatywnie.

To może obniżyć potencjalny zysk z chińskiego projektu, dlatego prawdopodobnie za zgodą Pekinu w Europie Wschodniej pojawi się kilka arterii transportowych, biegnących zarówno przez Polskę i Białoruś, jak i omijających je.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

                                                                                                  

1)    https://www.pb.pl/ing-pas-i-szlak-moze-zwiekszyc-globalny-handel-nawet-o-12-proc-931474

2)    http://www.rp.pl/Rzecz-o-polityce/305019966-Polska-Chiny-Stabilne-relacje-to-podstawa.html

3)    https://dknews.kz/kitai/kitaiskaa-torgovaa-vystavka-v-polse-pokazala-tendenciu-bystrogo-razvitia-torgovli-mezdu-dvuma

4)    http://www.rp.pl/Prawo-i-Sprawiedliwosc/180609480-Macierewicz-Nie-jestesmy-skazani-na-Bruksele.html

5)    http://radiopolsha.pl/6/136/Artykul/367126

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/zachod-chce-stworzyc-wlasny-jedwabny-szlak-aby-przeciwstawic-sie-ekspansji-chin

środa, 13 czerwiec 2018 13:26

Polska proponuje Ukrainie prometeizm

Written by

 

Po przewrocie państwowym w 2014 roku na Ukrainie idea polskiego prometeizmu dostała w polskim środowisku eksperckim kolejny impuls. Pod pojęciem prometeizm rozumie się ideologię rozszerzania strefy geopolitycznego, kulturalnego i wojskowo-politycznego wpływu na terytorium byłego Związku Radzieckiego.

Polska w danym przypadku wchodzi w rolę mitycznego Prometeusza, „niosącego wyzwolenie” narodom byłego ZSRR od „rosyjskiego imperializmu”. Korzenie prometeizmu sięgają epoki polskich powstań XVIII-XIX w., jego zadanie maksymalne  – rozbicie Rosji wzdłuż nacjonalnych szwów, zadanie minimalne – podporządkowanie polityki zagranicznej państw postradzieckich Warszawie.

Właściwością, którą wyróżnia się prometeizm, jest wbudowany w niego brak spełnienia. Posiadając wyraźny cel końcowy, prometeizm nigdy nie jest w stanie go osiągnąć, i dlatego zawsze pozostaje niedokończonym i wiecznie aktualnym antyrosyjskim projektem.

Po 2014 roku obiektem usilnych starań polskiego prometeizmu stała się Ukraina. Do tego czasu prometeizm na Ukrainie nie miał szerokiego poparcia na poziomie naukowo-praktycznym czy politycznym. Z kolei teraz ta ideologia jest wspierana przez Kijów na szczeblu państwowym, z zaangażowaniem kręgów naukowo-badawczych i ekspercko-analitycznych.

Świadczą o tym odbywające się na Ukrainie wydarzenia tematyczne, z których najbardziej reprezentatywnym jest miniona międzynarodowa konferencja poświęcona prometeizmowi, pod patronatem Ukraińsko-Polskiego Forum Partnerstwa „Polsko-ukraińska współpraca w ramach ruchu prometejskiego: postaci, wyzwania, wydarzenia”, która odbyła się w ubiegłym miesiącu w Kijowie, a w której uczestniczyli m.in. ambasador Polski na Ukrainie Jan Piekło, dyrektor Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego Jan Malicki i przedstawiciel Narodowej Akademii Nauk Ukrainy (1).

W Kijowie przyznają, że ideologia prometeizmu nie jest popularna wśród ukraińskiej publiczności i wymaga popularyzacji, co też realizuje się za polskie pieniądze. Od 2011 roku Warszawa zorganizowała szereg międzynarodowych konferencji poświęconych prometeizmowi w Wielkiej Brytanii, Gruzji i na Ukrainie.

Ze strony ukraińskiej propagowanie ideologii prometejskiej jest obowiązkiem Ukraińsko-Polskiego Forum Partnerstwa, po stronie polskiej zajmuje się tym Studium Europy Wschodniej UW (2).

To nie jedyny popularyzator idei prometeizmu w Polsce, ale jeden z niewielu, w których działalności ten projekt zajmuje główne miejsce. Instytucja wydaje czasopisma „Nowy Prometeusz”, „Przegląd Wschodni” i „Pro Georgia”, poświęcony Gruzji i perspektywom rozwoju prometeizmu w regionie kaukaskim (3).

Za najbardziej „podatnych” partnerów w tej kwestii w dwóch kluczowych dla Polski regionach (Europie Wschodniej i na Kaukazie) Warszawa uznaje Kijów i Tbilisi. Specyfika zawiera się w tym, żeby ukraińskie i gruzińskie władze oraz służby specjalne sprzyjały procesom, które Polska uważa za korzystne dla siebie (duży procent nacjonalistycznych nastrojów w społeczeństwie, odrzucanie konstruktywnej roli Rosji jako gwaranta stabilności przestrzeni eurazjatyckiej i inne).

Prometeizm – ideologia, której słabym punktem jest całkowity brak czynnika ekonomicznego i przesyt propagandowych szablonów. Prometeizm proponuje krajom poradzieckim ograniczenie do minimum stosunków gospodarczych z Rosją, nie oferując niczego w zamian. Konkretnej i praktycznej platformy ekonomicznej w tym projekcie nie ma i pozostaje on czysto ideologiczny.

Względnie mocną stroną prometeizmu jest umiejętność chronologicznego obejmowania obszernych warstw historii Polski i krajów poradzieckich i podporządkowywania ich chronologii antyrosyjskim postawom ideologicznym. W taki sposób konfliktowe okresy w historii polsko-ukraińskiej są na nowo interpretowane i przedstawiane jako przypadkowe nieporozumienia, w odróżnieniu od, na przykład, przeszłości stosunków polsko-rosyjskich.

 

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

1)   http://www.polradio.pl/5/118/Artykul/365439

2)    http://studium.uw.edu.pl/

3)    http://nowyprometeusz.pl/

 

wtorek, 05 czerwiec 2018 16:55

Nowe cele polskiej diaspory w USA

Written by

Aktywna współpraca z polską diasporą (Polonią) jest stałym elementem polityki zagranicznej Polski. Najliczniejszą polską diasporą jest Polonia w USA – około 10 mln ludzi. Najbardziej „polskimi” miastami są Chicago, Nowy Jork, Detroit, Denver i Seattle.

Polska diaspora w USA przyjęła po raz pierwszy zorganizowaną formę w latach II wojny światowej wraz z ustanowieniem Kongresu Polonii Amerykańskiej (1). Jej celem była wtedy walka z radzieckimi wpływami przy wsparciu Waszyngtonu.

Dzisiaj Kongres Polonii Amerykańskiej (KPA) to zbiorcza struktura, obejmująca 3 tysiące polskich organizacji, klubów, komitetów i stowarzyszeń z całych Stanów Zjednoczonych. Posiada 41 oddziałów i jest obecna w 23 stanach. Główną funkcją KPA jest lobbowanie korzystnych dla Polski projektów gospodarczych; wsparcie informacyjne inicjatyw politycznych polskiego rządu; pielęgnowanie kultury i języka polskiego wśród polskiej diaspory.

Czynnik ideologiczny działalności KPA jest mniej widoczny ze względu na to, że Waszyngton i Warszawa to sojusznicy, których interesy geopolityczne pokrywają się.

Jednak w ostatnim czasie daje on o sobie znać coraz wyraźniej.

Polska prasa zwróciła uwagę na wysoki procent amerykańskich Polaków, którzy głosowali w wyborach prezydenckich w USA w 2016 roku. Dokładnych danych nie podano, ale mówiło się o tym, że „mit o niegłosującej Polonii został obalony”.

Inwestycje w polską diasporę są rozpatrywane jako instrument oddziaływania na polityczny krajobraz w USA, a społeczno-edukacyjny status polskiej diaspory temu sprzyja. Amerykanie polskiego pochodzenia są bogatsi niż statystyczni Amerykanie (73 tys. dolarów dochodu na rodzinę w porównaniu do 63 tys. dolarów) i są lepiej wykształceni (36% ukończyło studia, Amerykanie – 28%).

Aktywiści tej organizacji w USA uważają aktualny status polskiej diaspory za nieodpowiedni w stosunku do jej możliwości i proponują nadać jej nowe cele oraz wytyczyć szersze horyzonty. Analiza tematycznych źródeł informacji pozwala określić zakres zagadnień, które Polonia w USA uważa za najważniejsze dla siebie.

Jest to lobbowanie wizerunku Polski jako lojalnego sojusznika USA i NATO, wsparcie idei obecności amerykańskich wojsk w Polsce, popularyzacja projektu Trójmorza (2), podtrzymywanie wizerunku Polski jako stabilnego i dobrze rokującego rynku dla amerykańskich inwestycji, aktywizacja uczestnictwa Amerykanów polskiego pochodzenia w życiu politycznym USA na poziomie lokalnym i państwowym, podnoszenie znaczenia polskiej kultury wśród innych obecnych w USA, rozszerzenie obecności polskiej tematyki w publicznej przestrzeni informacyjnej, popularyzacja zasług Polaków w tworzeniu państwa amerykańskiego itd.

O gotowości amerykańskiej Polonii do ideologicznych batalii świadczy jej aktywna pozycja w sprawie Pomnika Ofiar Katyńskich w Jersey City. Zamiary władz miasta przeniesienia pomnika i oskarżanie Polaków o antysemityzm (słowa te padły z ust burmistrza miasta Stevena Fulopa) wywołały burzliwą reakcję polskiej diaspory w USA, która została wyrażona w formie protestu KPA do Fulopa wraz z żądaniem pozostawienia pomnika na swoim miejscu (3).

Instytut Polonia w USA przezornie utworzył grupę zadaniową przeciw antypolonizmowi i wśród celów swojej działalności wymienia wspieranie świadomości amerykańskich polityków odnośnie wzajemnego uzależnienia interesów geopolitycznych Polski i USA w Europie, analizę sytuacji amerykańskiej Polonii i zachodzących w niej procesów, współpracę z grupami etnicznymi z krajów Trójmorza w USA, wspieranie kandydatów polskiego pochodzenia starających się o stanowiska w organach administracyjnych i sądowych, promowanie wizerunku Polski jako obrończyni europejskiej cywilizacji (4).

22 maja polski Senat, któremu MSZ przekazał pełnomocnictwo do współpracy z polską diasporą, zatwierdził przekazanie polskim organizacjom za granicą na 2018 rok 100,5 mln złotych, czyli o 25 mln więcej niż w 2017 roku i o 40 mln więcej niż w 2016 roku (5). Złożono w sumie 1235 wniosków, z czego 270 dotyczyło popularyzacji Polski i jej kultury.

Największe dotacje dostała Fundacja „Pomoc Polakom na Wschodzie” – 32 850 000 zł; organizacja Wspólnota Polska – 25 000 000 zł (stowarzyszenie działa m.in. w USA, gdzie realizuje projekty dotyczące popularyzacji języka polskiego wśród dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym); 8 544 000 zł – Fundacja Wolność i Demokracja; Caritas Polska – 2 000 000 zł.

Cyfry te demonstrują akcent, jaki kładzie Warszawa na pracę z Polakami na Wschodzie (były Związek Radziecki), przede wszystkim w najbardziej „polskich” krajach – Litwa, Białoruś, Ukraina. Tam Polonii przydziela się, w pierwszej kolejności, funkcję ideologiczną. W dużych projektach gospodarczych polskie organizacje w tych krajach nie uczestniczą.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

1)    http://www.pac1944.org

2)    https://www.fondsk.ru/news/2016/09/12/troemore-amerikanskij-zabor-mezhdu-rossiej-i-evropoj-42456.html

3)    http://www.pac1944.org/presoffice/2017-18/Let2JerseyCity.180507.pdf

4)    http://www.poloniainstitute.net/about-us-2/about-us/

5)    http://www.polradio.pl/5/38/Artykul/364781

 

Wojskowo-polityczne kierownictwo Iranu nieustannie mówi o rosnącej mocy irańskich sił zbrojnych, w tym m.in. dzięki własnym opracowaniom, produkcji i wprowadzaniu do użytku najnowocześniejszych, odpowiadających najwyższym technologiom jednostek broni i techniki wojskowej.

Niedawno najwyższy przywódca duchowy Iranu i jednocześnie głównodowodzący sił zbrojnych ajatollah Ali Chamenei odbył spotkanie z kierownictwem Marynarki Wojennej Iranu, podczas którego oświadczył, że rozwój silnej floty morskiej stanowi „priorytetowe zadanie” dla Iranu.

Konkretyzując myśl swojego naczelnika, dowódca irańskiej marynarki wojennej admirał Hossein Khanzadi poinformował, że Iran „chce skonstruować lotniskowiec”. Oprócz tego admirał przypomniał, że Iran „ma prawo” stworzyć flotę atomowych okrętów podwodnych jako „środka powstrzymywania”. Co oznaczają te oświadczenia?

Po pierwsze nasuwa się taka myśl: w jakim stopniu lotniskowce i atomowe okręty podwodne są „środkami powstrzymywania”? Ale to, można rzec, kwestia terminologii. A po drugie: czy Iran technicznie i technologicznie jest w stanie skonstruować lotniskowiec atomowy i okręty podwodne, a także inne skomplikowane typy zbrojeń?

Pod koniec listopada dowodzący wojsk lądowych Iranu generał Kiomars Heidari oświadczył, że irańska armia do końca obecnego 1396 irańskiego roku (do 20 marca 2018 roku) otrzyma nowoczesny czołg stworzony pod nazwą Karrar (atakujący, dzielny). To „bardzo dobry, idealny i skuteczny czołg, który został przetestowany i wykorzystany w manewrach wojskowych” – poinformował.

Rzeczywiście jest to nowy czołg. 12 marca 2017 roku odbyła się jego oficjalna „premiera”, ale o istnieniu tej maszyny wiadomo od dawna – już od sierpnia 2016 roku. Na stronie Topwar dokładnie opisano wszystkie właściwości czołgu Karrar (patrz https://topwar.ru/110916-osnovnoy-boevoy-tank-karrar-iran.html). Główny wniosek – Karrar „stanowi licencyjną kopię rosyjskiego czołgu T-90MS”. Tym niemniej, jak zaznacza portal, „nowe dane nt. projektu pokazują, że irański czołg nie jest pełną i dokładną kopią rosyjskiego T-90MS, choć jest do niego podobny”.

„Premiery” nowych jednostek techniki wojskowej odbywają się w Iranie nie tylko w pięknie oprawionych pawilonach, ale i na polach manewrów.

W listopadzie w Iranie odbyły się coroczne dwudniowe szkolenia irańskich sił powietrznych pod nazwą «Fadaeeyane Harime Velayat - 7». W manewrach uczestniczyły dziesiątki samolotów bojowych, transportowych, zwiadowczych, tankowców powietrznych i dronów.

Wszystko odbywało się tak jak zawsze podczas podobnych manewrów. Jednak tym razem, według informacji irańskich mediów, które powołują się na oficjalnego przedstawiciela sił powietrznych generała Massouda Rouzkhosha, niszczyciel F-7 użył bomb kierowanych. Te pociski są też nazywane „inteligentnymi bombami” (smart bombs). Są zaopatrzone w system sterowania i naprowadzania na cel. Przy czym ten system może być albo telewizyjnym, albo laserowym, albo inercyjnym z korekcją satelitarną. Jest to dość skomplikowany i drogi sprzęt, można rzec, jednorazowego użytku.

Należy zaznaczyć, że bomby kierowane stanowią jedną z najbardziej zaawansowanych broni powietrznych przeznaczonych do ataku celów naziemnych (lub znajdujących się na wodzie). Bomby kierowane to połączenie ogromnych mocy zniszczenia zwykłych pocisków lotniczych i dokładności naprowadzania na cel charakterystycznej dla pocisków kierowanych klasy powietrze-ziemia. Rezultaty użycia bomb kierowanych w wojnach i konfliktach lokalnych dają podstawy, by zaliczać je do kategorii precyzyjnej amunicji lotniczej.

Co prawda ich cena jest dość wysoka, może sięgać dziesiątków tysięcy dolarów za sztukę.

Niedawno dowódca sił wojskowo-kosmicznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Amir Ali Hajizadeh oświadczył, że Iran ma do dyspozycji własne 10-tonowe bomby, które przyćmiewają najmocniejszą broń jądrową USA. Generał Hajizadeh nazwał ten pocisk „ojcem wszystkich bomb” analogicznie do amerykańskiej superbomby GBU-43 nazywanej „matką wszystkich bomb”. Amerykanie użyli jej w kwietniu 2017 roku w afgańskiej prowincji Nangarhar przeciwko Daesh (PI). Nie ma wątpliwości, że koszt takich pocisków również jest szalenie wysoki.

Warto przytoczyć interesujący fakt, który niewątpliwie kończy spór o to, która bomba jest mocniejsza – irańska czy amerykańska. Według mediów, które powołują się na Sztab Generalny Rosyjskich Sił Zbrojnych, najmocniejszą niejądrową bombę posiada rosyjskie wojsko. W porównaniu z amerykańskim odpowiednikiem rosyjska bomba ma mniejszą wagę, ale jest 4-krotnie mocniejsza i ma 20 razy większą powierzchnię rażenia. I jak ją nazwać – matką czy ojcem wszystkich bomb – nie gra dużej roli.

Wracając do tematu nowych irańskich jednostek bojowych i nie tylko, wypada zwrócić uwagę na deficyt w irańskich siłach powietrznych nośników podobnych pocisków. Z powodu dużych rozmiarów superbomb rakiety nie są w stanie być ich nośnikami. Z kolei samoloty bojowe wyposażone w 250-kilogramowe bomby raczej nie dadzą rady przetransportować 10-tonowych, i tu pojawiają się kolejne problemy.

Zestaw samolotów bojowych irańskich sił powietrznych zestarzał się: F-4, F-5 (amerykańskie opracowania lat 50.), F-7 (chiński analog starego radzieckiego samolotu MiG-21 produkcji lat 50.-60.), F-14, Su-20, Su-24, Su-25, MiG-29 (opracowanie lat 70.-80.). Co więcej, wiele ze znajdujących się na wyposażeniu irańskich sił powietrznych jednostek jest niezdolnych do walki.

Tak, irański przemysł zbrojeniowy zajmuje się produkcją wielu rodzajów techniki wojskowej, również samolotów bojowych (Azarakhsh, Saeqeh, Tazarv). Jednak tak jak w przypadku czołgu Karrar są one wykonane na podstawie zagranicznych baz.

Wróćmy do tematu wojenno-morskiego. Oświadczenia działaczy wojskowo-politycznych wysokiego szczebla o konstruowaniu lotniskowców atomowych i łodzi podwodnych wydają się fantastyką. Patrząc chociażby na koszta związane z ich produkcją. A więc, przykładowo, koszt amerykańskiego lotniskowca „George Bush” to 6,2 mld dolarów, a koszt jednego atomowego okrętu podwodnego waha się pomiędzy 1-2,5 mld dolarów. Przy tym cały budżet wojenny Iranu w 2016 roku wyniósł 15,9 mld przy PKB o wartości 412 mld dolarów (dane Military balance – 2017), a według informacji irańskiej agencji Tasnim budżet Sił Zbrojnych Iranu na lata 2015-2016 wynosił około 9,3 mld dolarów.

Okręty atomowe to droga przyjemność, dlatego nie wszystkie marynarki wojenne mogą sobie na nie pozwolić. Aktualnie tylko pięć krajów posiada pokaźną flotę atomową. Są to Rosja, USA, Chiny, Wielka Brytania i Francja. Dwa atomowe okręty podwodne posiadają Indie.

Ale chodzi nie tylko o cenę. Pomimo dobrego dla kraju rozwijającego się poziomu przemysłu zbrojeniowego Iranu rozpoczęcie prawie że od zera produkcji najbardziej skomplikowanych jednostek zbrojeniowych teraz czy w najbliższej przyszłości jest raczej mało możliwe. Nie mówiąc już o systemie napędowym okrętów atomowych, który jako paliwa potrzebuje uranu wzbogaconego o 30-90%.

Co więcej, przeszkodą dla rozwoju wysokotechnologicznych gałęzi irańskiego kompleksu obronno-przemysłowego są wciąż obowiązujące, dosyć srogie sankcje na dostawy do Iranu ciężkich zbrojeń i wysokich technologii o przeznaczeniu wojskowym i dwufunkcyjnym. Te sankcje będą obowiązywały do lat 2020-2023. Dodatkowo zgodnie z Porozumieniem nuklearnym z Iranem ograniczenia w sferze opracowań jądrowych będą obowiązywały do lat 2025-2030.

Ogólnie dla efektywnego rozwoju wysokotechnologicznych sektorów, do których zalicza się także przemysł wojenny, Iran potrzebuje przełomu, zapewnianego przez, m.in., wiodące technologie zagraniczne. Trzymając się tylko polityki samowystarczalności, osiągnięcie sukcesu nie jest możliwe ani z naukowego, ani technologicznego, ani z finansowego punktu widzenia.

 

 

W ostatnich latach w retoryce amerykańskich polityków, aż do poziomu prezydenta, tradycyjny termin region Azji i Pacyfiku jest zamieniany nową formułą: region Indo-Pacyfiku. Za zmianą terminologii stoją najwyraźniej ogólne zmiany w kursie polityki zagranicznej USA. Jak głębokie i długotrwałe będą te zmiany?

Według krytyków reakcja USA na gwałtownie, czasem dosłownie w ciągu kilku lat, zmieniający się balans sił w regionie Azji i Pacyfiku już dawno odbiega od rzeczywistości. Przy czym zaczęło się to na długo przed Trumpem. Wszystkie administracje, które sprawowały władzę po 1991 roku, demonstrowały niechęć do ożywiania reform światowej gospodarki i handlu, a także instytucji tworzących podstawę współczesnego gospodarczego ładu światowego. [i]

Propozycję zmiany sytuacji złożył Barack Obama. Już w 2009 roku poinformował o swoim zamiarze ponownego uczynienia z regionu Azji i Pacyfiku jednego z priorytetów USA. Strategia „przywrócenia balansu” (rebalance strategy) zakładała aktywizację polityki USA w tych regionach świata, które pozostają w cieniu globalnej wojny z terroryzmem rozpoczętej po 11 września 2001 roku [ii]. Główną innowacją Obamy było uznanie Chin nie po prostu za „ryzyko”, które USA muszą mieć na uwadze w swojej polityce, a za bezpośrednie „zagrożenie” – oczywiście nie dla bezpieczeństwa USA, ale dla amerykańskich interesów. Jednocześnie „ambitne plany” Obamy dotyczące wzmocnienia pozycji USA w „najbardziej dynamicznym regionie świata” pozostały w znacznej części niezrealizowane. Niezdecydowanie amerykańskiej polityki umożliwiło Chinom przekształcenie się w jedno z dwóch dominujących mocarstw regionu Azji i Pacyfiku.

W rezultacie, według wpływowego amerykańskiego centrum analitycznego Stratfor, aktualnie w regionie Pacyfiku powstaje patowa sytuacja. USA nie dążą do bezpośredniej konfrontacji z Chinami. Ale jednocześnie Waszyngton nie chce dopuścić do dominacji w regionie Chin czy innego mocarstwa. Chiny z kolei nie będą w stanie sprostać wojenno-morskiej dominacji USA w regionie Azji i Pacyfiku jeszcze co najmniej przez najbliższe 10-15 lat. Dlatego „nacjonalistyczna” retoryka Pekinu odnośnie „roszczeń do Morza Południowochińskiego” w znacznym stopniu realizuje wewnątrzpolityczne cele. Tym niemniej Japonia i inne państwa Azji Wschodniej obserwują wzrost Chin „z narastającą podejrzliwością”.

Potencjalnie, uważają amerykańscy eksperci, taka sytuacja popycha większość krajów regionu do zacieśniania kontaktów z Ameryką. Jednak, jak podkreśla National Interest [iii], wszystkie aktualnie istniejące w Azji formaty międzypaństwowego dialogu nie umożliwiają efektywnego rozwiązywania kwestii pokoju i bezpieczeństwa. Ani jedna międzynarodowa organizacja regionu Azji i Pacyfiku nie jednoczy wszystkich krajów regionu ani całego zestawu regionalnych problemów. Ani jedna z nich, według amerykańskich analityków, nie jest w stanie sprowadzić do wspólnego mianownika „starań Chin o dominację w regionie”, roli USA jako mocarstwa na tym terytorium, interesów gospodarczych Europy i pragnienia innych krajów regionu uniknięcia całościowego uzależnienia od Pekinu.

Obecna administracja USA póki co wysyła sprzeczne sygnały. Z jednej strony Trump potwierdził, że Azja to jeden z trzech „kluczowych” dla interesów USA regionów. Podczas szczytu APEC, który odbył się na początku listopada, Trump podkreślił swoją wierność „wolności i otwartości w regionie Indo-Pacyfiku”. Z drugiej strony pochłonięcie Waszyngtonu koncepcją „Ameryka ponad wszystko” (America first) pozostawia niejasną kwestię tego, w jaki sposób Biały Dom zamierza w praktyce strzec „wolności i otwartości” regionu, jednocześnie odrzucając tradycyjną dla USA, kontynuowaną po 1945 roku linię wspierania wolności handlu. Przecież stawiając na „surowy protekcjonizm”, Trump już opuścił projekt Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) – kamień węgielny strategii wzmocnienia amerykańskiego wpływu w regionie Azji i Pacyfiku, wypracowany przez poprzednią administrację.

Jak pokazuje amerykańskie doświadczenie tworzenia sojuszów w latach zimnej wojny, architektura międzypaństwowego bezpieczeństwa utrzymuje się tylko do czasu, kiedy wszystkich jej uczestników łączą interesy o wspólnym znaczeniu, jednomyślne podejście do kwestii zagrożeń, a także umiejętność uzgadniania wzajemnych interesów na przestrzeni długich lat. Według wielu amerykańskich ekspertów wszystkie wymienione elementy w regionie Azji i Pacyfiku „już są”. USA z kolei pragną nie dopuścić do zakrojonej na szeroką skalę destabilizacji w jednym z najważniejszych regionów świata. Tak jak dwie poprzednie administracje, Biały Dom Trumpa widzi te same zagrożenia w regionie: konieczność utrzymywania swojej konkurencyjności, przede wszystkim strategicznej, z Chinami. Zagrożenie wojskowe ze strony KRLD, a także narastający problem terroryzmu islamskiego. Do tego dochodzi nowy priorytet Waszyngtonu za Trumpa – zagrożenie ze strony międzynarodowej przestępczości zorganizowanej [iv].

Sens strategii w Azji, której zarysy zaczyna nakreślać aktualny rząd USA, polega na tym, że Waszyngton nie planuje prowadzić polityki aktywnego powstrzymywania i, tym bardziej, izolowania Chin, ponieważ zarówno jedno, jak i drugie „jest niemożliwe i niepożądane” w obecnych warunkach globalizacji. Zamiast tego Ameryka zamierza utrzymać swoją obecność w regionie w charakterze „potężnej siły”, stworzonej do niwelowania (ameliorate) „negatywnych konsekwencji destabilizującego umacniania się” Chin[v].

Według informacji z ogólnodostępnych źródeł głównym elementem opracowywanej strategii powinna stać się idea, którą podzielił się kilka lat temu premier Japonii Shinzo Abe, o „sojuszu demokracji w regionie Pacyfiku”[vi]. Japonia, Australia, Indie i USA muszę utworzyć element centralny, „konstrukcję nośną” nowego formatu „bezpieczeństwa i stabilności” w Azji. Czy „sojusz demokracji” będzie zinstytucjonalizowany, a jeśli tak, to w jakim stopniu – teraz nikt nie bierze się za prognozowanie w tej kwestii. Podczas zimnej wojny w różnych częściach Azji nie raz powstawały „modele” bezpieczeństwa regionalnego z USA jako uczestnikiem[vii]. I praktycznie wszystkie umarły w zarodku jeszcze przed zakończeniem się globalnej bipolarnej konfrontacji – przede wszystkim przez to, że Waszyngton nie był w stanie w odpowiedni sposób brać pod uwagę interesów partnerów tych porozumień. Tymczasem aktualna inicjatywa jest jeszcze bardziej ambitna. Jej zwolennicy liczą na to, że do „sojuszu demokracji” przyłączy się (przynajmniej w formacie dialogu „cztery plus”) większość krajów regionu Pacyfiku.

Szczególnie ważną rolę, co symbolizuje też zmiana w nazywaniu regionu w wystąpieniach amerykańskich oficjeli z „Azji i Pacyfiku” na „Indo-Pacyficzny”[viii], zaczyna odgrywać rozwijanie strategicznych stosunków z Indiami. Rzeczywiście, według opinii amerykańskich obserwatorów w ostatnich latach oba kraje odnajdują coraz więcej tematów w stosunkach dwustronnych bazujących na „ogólnym zaniepokojeniu staraniami Chin o regionalną hegemonię”. Indie stanowią trzecią co do wielkości gospodarkę Azji; potęgę jądrową mającą spór przygraniczny z Chinami. Włączenie Indii do koalicji pod wodzą USA umożliwiłoby stworzenie znacznej przeciwwagi dla wpływu Chin bez konieczności znacznego wzmacniania obecności wojskowej USA. Jednocześnie, według amerykańskich ekspertów, to dałoby nowy impuls dla rozwoju socjalno-gospodarczego największej demokracji na świecie, który teraz jest jej ogromnie potrzebny.[ix]

„Odpowiedzią” na chińską inicjatywę „Jednego pasa i jednej drogi” mogłaby stać się amerykańska koncepcja „analogicznego typu”. Podobna inicjatywa byłaby nastawiona na tchnięcie nowej dynamiki w stosunki gospodarcze pomiędzy maksymalnie możliwą ilością sojuszników USA w Azji, a także na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Jako przykład rozwoju stosunków na tym kierunku już podaje się rosnącą współpracę pomiędzy Indiami i Izraelem. I w końcu, ważnym instrumentem „powstrzymywania” Chin powinny stać się zarówno istniejące już narodowe, jak i ogłoszone na poziomie projektów wspólne mechanizmy kontroli i ograniczenia potencjalnie „wrogich” inwestycji zagranicznych.

W taki sposób aktualne sygnały ze strony administracji Trumpa na kierunku azjatyckim można interpretować jako próbę dodania do okresu „doobamowskiego” pomysłu rozwijania przeważnie dwustronnych stosunków handlowych z państwami regionu. Według idei Trumpa taka konstrukcja umożliwi podwyższenie obrotu gospodarczego, spieniężenie stosunków z istniejącymi i potencjalnymi sojusznikami. Jak podkreśla znany rosyjski ekspert Fiodor Lukjanow, ponieważ próba przeformułowania związków z Chinami niesie za sobą niebezpieczny i kosztowny konflikt, Trump działa, jak się wydaje, metodą prób, po omacku szukając granic możliwego. Czy to w kwestii Chin, czy powstrzymywania/karania KRLD, czy prób silniejszego przywiązania do swojej „orbity” państw regionu.[x]

Perspektywa pojawienia się „azjatyckiej Antanty” czy nawet „azjatyckiego NATO” byłaby oczywiście bardzo, ale to bardzo niepokojącą wiadomością dla Moskwy. Teraz Rosja ma potencjał, w tym instytucjonalny, do promowania swojej wizji architektury bezpieczeństwa jeśli nie dla całej Wielkiej Azji, to, co najmniej, dla jej części kontynentalnej. A liczba potencjalnych partnerów Rosji w regionie Azji i Pacyfiku prawie dościga liczby partnerów USA. Jednak opracowanie praktyczne i pełna realizacja rosyjskiej strategii dla Azji będzie wymagała długofalowego „przywództwa intelektualnego” i dyplomacji najwyższej klasy.

[i] http://www.scmp.com/comment/insight-opinion/article/2121297/america-falters-and-europe-declines-look-east-see-future

[ii] https://foreignpolicy.com/2011/10/11/americas-pacific-century/

[iii] http://nationalinterest.org/feature/how-america-its-indo-pacific-allies-will-redefine-regional-23155

[iv] https://www.whitehouse.gov/the-press-office/2017/11/10/remarks-president-trump-apec-ceo-summit-da-nang-vietnam

[v] http://nationalinterest.org/feature/how-america-its-indo-pacific-allies-will-redefine-regional-23155

[vi] https://www.project-syndicate.org/commentary/a-strategic-alliance-for-japan-and-india-by-shinzo-abe?barrier=accessreg

[vii] Chodzi przede wszystkim o SEATO – Organizację Paktu Azji Południowo-Wschodniej (1955-1977), do której wchodziły Australia, Wielka Brytania, Nowa Zelandia, Pakistan, USA, Tajlandia, Filipiny i Francja. (Korea Południowa i Południowy Wietnam były „partnerami w dialogu”). ANZUS Security Treaty – Australia, Nowa Zelandia i USA, formalnie działający do tej pory. ANZUK (1971-1975) – Australia, Wielka Brytania, Nowa Zelandia, Malezja i Singapur, do którego USA formalnie nie wchodziły, ale rozpatrywały go jako sojuszniczy.

[viii] Tuż przed wielkim azjatyckim tournee Donalda Trumpa w pierwszej połowie listopada termin „region Indo-Pacyfiku” regularnie pojawia się w oficjalnych wystąpieniach sekretarza stanu USA Rexa Tillersona i ministra obrony Jamesa Mattisa.

[ix] https://www.cfr.org/blog/want-free-and-open-indo-pacific-get-india-apec

[x] http://www.globalaffairs.ru/print/redcol/Rasshirenie-ramok-19132

 

 

 

Wydarzenia ostatnich kilku dni w Kijowie można nazwać procesem „klaunizacji” ukraińskiej polityki.

Na tym tle prezydent Ukrainy Petro Poroszenko stara się pozostać w miarę zrównoważonym centrum władzy. A poczynania Michaiła Saakaszwilego, jego głównego, w tym momencie, publicznego konkurenta, zgodnie z planem prezydenta Ukrainy powinny zostać doprowadzone do absurdu przez ten cyrk. Zadanie Poroszenki – po prostu utrzymać się na tle radykalno-patriotycznej histerii i populizmu.

Sytuację doprowadzają do absurdu obie strony. Prokurator generalny Ukrainy Jurij Łucenko oświadczył, że za aktywną działalnością antyprezydencką „bezpaństwowca Saakaszwilego” stoi Moskwa. Widocznie ta teza i zademonstrowane przez prokuratora dowody mają stać się decydującym argumentem do dyskredytacji szalonego ukraińskiego patrioty Saakaszwilego.

Interesujące w tym wypadku są szczegóły. Jak poinformował prokurator generalny Łucenko, Saakaszwili jest podejrzany o współpracę ze zbiegłym ukraińskim oligarchą, przedstawicielem zespołu byłego prezydenta Janukowycza Siergiejem Kurczenko, od którego eksgubernator obwodu odesskiego dostał 500 tysięcy dolarów na sfinansowanie akcji przed parlamentem Ukrainy. Według Łucenki umowę, zgodnie z którą Kurczenko sponsoruje lidera „Ruchu Nowych Sił”, oligarcha zawarł po to, żeby odzyskać majątek, który stracił po ucieczce z Ukrainy. (lb.ua) Jako dowód prokuratura generalna opublikowała zapis rozmowy Saakaszwilego z Kurczenką.

Ukraińscy eksperci zgadzają się z Łucenką, dodając: to nie tylko misja specjalna byłego ukraińskiego oligarchy z Moskwy, ale, jak się okazuje, operacja specjalna Moskwy mająca na celu destabilizację sytuacji na Ukrainie. (dw.com)

Tak więc Kurczenkę oskarżają o współpracę z oligarchami poprzedniej władzy, którzy mają rzekomo działać przy wsparciu i w interesach Rosji. Cięższego obwinienia w oczach świadomych Ukraińców nie da się wymyśleć. Pozostało tylko zmusić do uwierzenia w to. I tutaj już ciężej, bo majdany, które wybuchały przeciwko korupcji i które w sumie zwyciężyły, samej korupcji nie zlikwidowały, i dlatego ukraińscy patrioci bardziej wierzą politykom pokroju Saakaszwilego niż prezydentowi swojego kraju.

Kurczenko, Saakaszwili na dachu – to wielkie zamieszanie i jednocześnie powód do realizacji chciwych planów ukraińskiej władzy.

I tutaj powstaje szereg wątpliwości. Pierwsze pytanie – czy nazwisko Kurczenki wypłynęło przypadkowo? Wygląda na to, że nie. To podstawa do planowanego „skonfiskowania holdingu medialnego Kurczenki”. „Mamy nadzieję, że do nowego roku Ukraińcy zostaną zwolnieni z przymusu słuchania i czytania niektórych «watowych», prorosyjskich publikacji” – oświadczył prokurator generalny Łucenko. (strana.ua) Chodzi o holding medialny UMH Group, czyli 6 mln czytelników stron internetowych należących do grupy, stacji radiowej docierającej do 7,24 mln słuchaczy tygodniowo oraz popularne wydawnictwa drukowane. (umhgroup.com) Oczywiście takie media powinny być pod kontrolą, najlepiej administracji prezydenta. I to nie wszystko, co władze mają do Kurczenki – biznesmen posiada jeszcze atrakcyjne dobra materialne, którymi Kijów także się zajął. Już w listopadzie „sąd w Odessie wydał decyzję o skonfiskowaniu na rzecz państwa produktów naftowych o wartości ponad 800 mln hrywien w ramach śledztwa dotyczącego działalności przestępczej oligarchy Siergieja Kurczenki”. (strana.ua)

Wygląda na to, że właśnie dlatego w historię z Saakaszwilim nagle wpleciono wątek Kurczenki. Widać tu jasny zamiar „upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu” – i w stosunku do potężnego holdingu medialnego dokonać „konfiskaty”, podporządkowując go celom politycznym i interesom rządzącej wierchuszki, i po raz kolejny ogłosić o ingerencji Rosji w procesy polityczne w innym kraju.

Aktualnie wszystko wskazuje na to, że Zachód przestał stawiać na Poroszenkę. (ukraina.ru) Dlatego ten jest zmuszony na różne sposoby demonstrować, że zachowuje się stosownie (czyli działa zgodnie z wyznacznikami ukraińskiej polityki), i jednocześnie – że inni politycy, zdolni do wywierania wpływu na obywateli i pociągnięcia za sobą aktywnych przedstawicieli ukraińskiego społeczeństwa, zachowują się nieodpowiednio, głupio. Ale nie jest w stanie tworzyć takiej sytuacji politycznej bez pomocy struktur siłowych. A nie wszystkie z nich są pod jego kontrolą.

I tu powstaje kolejne pytanie – jaka część struktur siłowych Ukrainy wspiera Poroszenkę i dlaczego? Niedawno powstał poważny i znaczący dla Poroszenki i jego otoczenia konflikt pomiędzy organami ochrony prawa: nowymi, sformowanymi po „rewolucji godności” z pomocą Zachodu, a w szczególności USA – Narodowym Biurem Antykorupcyjnym Ukrainy (NABU) i Specjalną Prokuraturą Antykorupcyjną (SAP), i starymi - Prokuraturą Generalną i Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Chodzi o to, że, jak informują eksperci, nowe antykorupcyjne organy NABU i SAP przeszkadzają staremu, skorumpowanemu, systemowi, którego bronią Prokuratura Generalna i SBU.

Mowa o konflikcie ukraińskich służb specjalnych, kiedy agenta NABU zatrzymano podczas próby wręczenia łapówki urzędnikowi ukraińskiego organu migracyjnego, przy czym „w NABU oświadczono, że Prokuratura Generalna i SBU przeszkodziły mu w operacji specjalnej mającej na celu ujawnienie siatki korupcyjnej w służbie migracyjnej. Prokurator Generalny Ukrainy poinformował, że działania agenta NABU są nielegalne i stanowią prowokację. Natomiast prezydent Poroszenko oświadczył, że publiczne międzyinstytucjonalne konflikty wyszły poza ramy «rozsądnej konkurencji»”. (rian.com.ua)

Problem w tym, że NABU jest bezpośrednio kontrolowane przez USA, pojawiła się też informacja o tym, że wspomniana operacja specjalna była prowadzona wspólnie przez NABU i FBI. Potwierdza to oświadczenie Departamentu Stanu z 4 grudnia, w którym czytamy o zaniepokojeniu sytuacją blokowania pracy organu antykorupcyjnego: „Ostatnie wydarzenia, między innymi przeszkodzenie w śledztwie, które miało na celu ujawnienie korupcji na wysokim szczeblu, aresztowanie pracowników NABU i konfiskata poufnych akt biura antykorupcyjnego wywołują zaniepokojenie w kwestii tego, czy Ukraina chce walczyć z korupcją”. (rian.com.ua) To oświadczenie można interpretować jako niedwuznaczne ostrzeżenie przed zaczepianiem znajdującego się pod patronatem USA NABU.

Na marginesie, afera wokół ukraińskich służb specjalnych rozwinęła się nie na żarty, szefowie NABU i SAP polecieli do Waszyngtonu na Globalne Forum Zwrotu Aktywów (Stolen Asset Recovery Initiative - StAR). Łucenko, na którego także czekano na tym forum, nie zjawił się tam. (rian.com.ua)

Łucenko, który został w Kijowie, wygłosił bardzo interesujące oświadczenie, że wszyscy agenci NABU znajdują się poza prawem, i że „jest to nielegalna organizacja, która używa nielegalnych metod”. (lb.ua) Z tego można wnioskować, że to początek konfliktu z USA, które stoją za NABU, i że system korupcyjny, któremu zagraża działalność NABU, dla Poroszenki i jego otoczenia jest nie mniej ważny niż stosunki z USA. A Stany Zjednoczone w tej sytuacji wysyłają sygnał, że reelekcja Poroszenki w 2019 roku może wcale nie być ich głównym celem. Prezydentowi Ukrainy pozostaje jedno wyjście, o którym napisano wyżej – doprowadzić sytuację z publicznymi wystąpieniami jakiejkolwiek opozycji do absurdu i podkreślić swoją normalność, to, że ma kontrolę nad sytuacją w kraju, a tym samym udowodnić to, że jest najodpowiedniejszym człowiekiem na tym stanowisku.

Patrząc na to wszystko, można z pewnością stwierdzić, że „ukraińska rewolucja” w najbliższym czasie nie dobiegnie końca. Będzie kontynuowana, za każdym razem doprowadzając proces polityczny do granic absurdu. Jak tylko zostanie osiągnięty jakiś kompromis, znajdzie się weteran ATO, który pełnym głosem krzyknie – a co z ideałami i osiągnięciami „rewolucji godności”?! I znowu zaczną się uliczne akcje, media podchwycą temat i rozdmuchają nową falę protestacyjnych oświadczeń. I jest to jedyny sposób Poroszenki, by utrzymać się przy władzy.

 

A tymczasem zbiegły „bezpaństwowiec i agent Kremla Saakaszwili” ogłosił miasteczko namiotowe pod budynkiem Rady Najwyższej „nową Siczą”… A Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy wyraziły zaniepokojenie atakami na organy antykorupcyjne Ukrainy i wezwały władze kraju do niedopuszczenia do zboczenia z drogi walki z korupcją i przyspieszenia procesu utworzenia sądu antykorupcyjnego. (ru.investing.com)

 

 

W celu omówienia z rosyjskim prezydentem kwestii syryjskiego uregulowania po zwycięstwie nad terrorystami do Soczi przyjechali liderzy Turcji i Iranu. Po raz pierwszy od liczących 500 lat stosunków dyplomatycznych Rosji z tymi krajami. To znaczy, że było to tego warte.

Władimir Putin, Recep Tayyip Erdogan i Hasan Rouhani, podkreślając znaczne sukcesy w walce z terroryzmem (według Władimira Putina udało się zapobiec rozpadowi kraju), potwierdzili gotowość do wzmacniania dalszej współpracy. A podsumowując negocjacje, prezydent Rosji zaznaczył: „teraz należy poświęcić szczególną uwagę procesowi uregulowania politycznego”. MSZ Syrii przyjęło z uznaniem oświadczeni e końcowe trzech liderów.

We wspólnym oświadczeniu podsumowującym strony podkreśliły, że „format z Astany i jego osiągnięcia stały się efektywnym instrumentem walki o pokój i stabilizację w Syrii”.  Bo to właśnie w Astanie za stołem negocjacyjnym spotykają się siły bezpośrednio zaangażowane w kryzys syryjski, podczas gdy w Genewie negocjują przeważnie ci, którzy wspierani są przez kraje zachodnie. Już sam fakt nieobecności w tym miejscu Turcji i Iranu mówi sam za siebie.

Tuż przed negocjacjami prezydent Rosji gościł w rezydencji w Soczi prezydenta Baszara Asada, odbył rozmowy telefoniczne z liderami USA, Izraela, Egiptu, Kataru i Arabii Saudyjskiej – żeby zapobiec ewentualnym zarzutom o odizolowany, zakulisowy charakter zebrania w Soczi.

Wiadomo, że walka ze wspólnym wrogiem zbliża sojusze i koalicje. Ale im bliżej zwycięstwa, tym jaskrawiej dają o sobie znać rozbieżności zakorzenione w narodowych interesach sojuszników. Z czym strony przystąpiły do negocjacji?

Rosja, która odegrała zasadniczą rolę w pokonaniu organizacji terrorystycznych (co przyznaje sam prezydent Syrii) wzywa do zbalansowania w Syrii sił i interesów wszystkich graczy (w tym również zewnętrznych) – po wieloletniej wojnie innej drogi do normalizacji sytuacji w kraju po prostu nie ma. I teraz Moskwę interesuje polityczny kompromis pomiędzy przeróżnymi syryjskimi uczestnikami, co, oprócz osiągnięcia głównego celu – pokoju pomiędzy siłami w kraju – jeszcze bardziej wzmocni jej autorytet jako międzynarodowego pośrednika, działającego bezstronnie i efektywnie.

W Teheranie sytuacja widziana jest nieco inaczej. Poprzez pryzmat irańskiej piramidy polityki zagranicznej sukcesy na polu bitwy wyglądają, przede wszystkim, jak zwycięstwo nad sunnickim terroryzmem (zarówno PI, jak i Dżabhat An-Nusra rekrutują neofitów właśnie tego wyznania), i poszukiwanie teraz kompromisu jest niekonieczne. Nieprzypadkowo całkiem niedawno premier Turcji Binali Yıldırım skrytykował Iran za dążenie do ustanowienia w regionie „hegemonii jednego z nurtów islamu”.

Kontynuując, Teheranowi nie podoba się dążenie Rosji do uwzględnienia interesów Izraela, który nie waha się ostrzeliwać irańskich i proirańskich wojsk, kiedy te podejdą zbyt blisko Wzgórz Golan. Póki co Iran to znosi i nie reaguje. Ale na jak długo wystarczy tej cierpliwości – nie wiadomo.

Ankara w czasie trwania wojny zdołała w wielu kwestiach się „przestawić”, co umożliwiło jej pretendowanie do jednej z głównych ról w polityce regionalnej. „Nie tylko Rosja i Iran, ale nawet USA, Francja i nawet Arabia Saudyjska zajmują bardziej elastyczną pozycję odnośnie Asada – przyznał szef MSZ Turcji Mevlüt Çavuşoğlu. – Powinniśmy być realistami”. Chociaż według słów sekretarza prasowego prezydenta Turcji Ibrahima Kalyna „Baszar Asad nie jest człowiekiem, który mógłby stać na czele demokratycznego państwa”.

Rezygnacja z bezkompromisowej pozycji pokryła się w czasie ze wzrostem napięcia w stosunkach Turcji z zachodnimi sojusznikami. Recep Tayyip Erdogan dziś bezpośrednio obwinia USA o to, że te „wykorzystują jednych terrorystów przeciwko drugim. To nie są sojusznicze stosunki”. Nietrudno się domyślić, że lider Turcji ma na myśli ochranianą przez Waszyngton Partię Pracujących Kurdystanu i PI.

Priorytetem Ankary w Syrii z czasem stało się nie pozbawienie władzy Asada, a osłabienie pozycji Kurdów. Jakikolwiek stopień i forma kurdyjskiej państwowości w tym kraju rozpatrywane są jako zagrożenie dla jedności terytorialnej samej Turcji. Tak więc zainstalowane w strefie przygranicznej tureckie wojska nie mają zamiaru w najbliższej perspektywie opuszczać swoich pozycji. Co więcej, władze Turcji otwarcie mówią o przygotowaniach do operacji wojskowej w kurdyjskiej enklawie Afrin. Pretekst – zaniepokojenie „sytuacją demograficzną” w tym rejonie. Najwidoczniej chodzi o sytuację etniczną, czyli, jak uważają w Turcji, wypędzanie z Afrinu przez kurdyjskie władze ludności turkmeńskiej, w wielu kwestiach sympatyzującej z Ankarą.

Za najważniejszy rezultat spotkania w Soczi należy uważać porozumienie o przeprowadzeniu kongresu narodów Syrii. Przypomnijmy, że pomysł został zaproponowany przez Władimira Putina („o losach Syrii powinni decydować Syryjczycy, zarówno zwolennicy aktualnej władzy, jak i opozycja”) i poparty przez liderów Iranu i Turcji.

Główny problem polega na tym, że póki co nie ma jasności co do tego, kogo zapraszać na kongres. Prezydenci trzech krajów we wspólnym oświadczeniu zgodzili się co do tego, że skład kongresu będzie jeszcze dodatkowo uzgadniany. Wszyscy są świadomi, że bez przedstawicielstwa Kurdów kongres będzie fikcją, ale Turcja zajmuje w tej kwestii specyficzną pozycję. Otóż występuje nie przeciwko syryjskim Kurdom w ogóle (przecież Ankara naprawiła stosunki biznesowe z Irackim Kurdystanem), a przeciwko Demokratycznej Partii Kurdystanu powiązanej z Partią Pracujących Kurdystanu, którą w Turcji uznają za organizację terrorystyczną. Ale problem w tym, że akurat Partia Demokratyczna gra pierwsze skrzypce w politycznej i wojennej sferze w kurdyjskich dzielnicach Syrii. Tak więc dogadywanie się z innymi, „umiarkowanymi” z punktu widzenia Ankary Kurdami nie ma większego sensu. Nieprzejednaną pozycję Turcji w tej kwestii Erdogan potwierdził jeszcze raz po zakończeniu rozmów w Soczi: „Wykluczenie terrorystów, pokuszających się na bezpieczeństwo narodowe naszego kraju, na polityczną harmonię i terytorialną integralność Syrii, pozostanie naszym priorytetem. Jeśli już jesteśmy za terytorialną i polityczną jednością w Syrii, nie możemy rozpatrywać jako legalnego partnera morderczej bandy, która próbuje doprowadzić do rozbicia kraju”. (Cytat: gazeteduvar.com.tr) Erdogan teraz nie może porzucić tego stanowiska – stawką jest jego przyszłość polityczna.

Wraz z przybliżaniem się zwycięstwa nad PI na pierwszy plan wkracza problem kurdyjski, który pozostanie i przeszkodą, i przedmiotem przetargu pomiędzy głównymi graczami w Syrii. Syryjscy Kurdowie, którzy odegrali ogromnie ważną rolę w zwycięstwie nad PI, wspierani przez USA (według danych tureckiego wywiadu dostali od Amerykanów około 3,5 tysiąca ciężarówek z bronią i amunicją), już objęli kontrolę nad 1/3 terytorium kraju, pomimo że sami stanowią nie więcej niż 12-15% ludności tych terenów. A Amerykanie utworzyli w Syryjskim Kurdystanie już z 10 baz wojskowych i, tak jak Turcy, wcale nie zamierzają opuszczać Syrii.

Tak więc do ostatecznej normalizacji sytuacji w kraju jeszcze daleko. Dlatego też prezydenci Rosji, Turcji i Iranu poinformowali o swojej gotowości do kolejnych spotkań.

 

Nikt nie oczekuje tego, że droga do osiągnięcia pokoju będzie lekką. Podsumowując rezultaty pokojowej fazy rozwiązywania kryzysu, Władimir Putin zaznaczył: „Ten proces będzie trudny i nie obejdzie się bez kompromisów, w tym od oficjalnych władz”.

 

 

Ostatnio amerykańscy eksperci poświęcają szczególną uwagę stosunkom rosyjskich regionów z władzami centralnymi.

Wykorzystując problemy społeczno-ekonomiczne w różnych podmiotach Federacji Rosyjskiej, intelektualiści zza oceanu promują tezę o konieczności decentralizacji ich stosunków z Moskwą.

I nie chodzi  tylko o obdarowanie regionów dodatkowymi autonomicznymi uprawnieniami, a o dążenie Amerykanów do rozerwania Rosji wzdłuż regionalnych szwów.

Były pracownik CIA, obecnie jeden z wiodących ekspertów Fundacji Jamestown (USA) Paul Goble nazywa regionalizm nacjonalizmem przyszłej rosyjskiej rewolucji. Wzywa do zamiany nacjonalizmu na regionalizm i do budowy różnych regionalnych tożsamości wewnątrz Rosji – syberyjskiej, nowogrodzkiej, königsberskiej (1).

Goble niejednokrotnie popierał idee stworzenia na terytorium Rosji niepodległej Republiki Uralskiej, Republiki Syberyjskiej, niepodległej Ugrofińskiej, niezależnej Ingrii itd. Goble jest pewien, że jeśli chodzi o destabilizację Rosji to przyszłość należy do projektów regionalnych.

Fundacja Jamestown – analityczne centrum eksperckie, które skupia swoją uwagę na problemach narodowych i regionalnych Rosji. Wśród głoszonych przez Fundację pomysłów jest – kształtowanie nacjonalnej kozackiej tożsamości narodowej wśród ludności Kubania i Donu, pomorskiej – u mieszkańców Rosyjskiej Północy, odrębnej tożsamości narodowej tatarów syberyjskich itp.

Czym jest podyktowane przeniesienie akcentu z banalnego nacjonalizmu na regionalizm przez społeczność amerykańskich ekspertów?

Po pierwsze, regionalizm wygląda bardziej reprezentacyjnie niż silny nacjonalizm. Nacjonalizm może zostać odrzucony przez społeczeństwo ze względu na teorie rasowe i inne obraźliwe praktyki, nieuchronnie wynikające z ideologii nacjonalistycznej.

Po drugie, to właśnie nacjonalizm najpełniej zawiera w sobie czynnik społeczno-gospodarczy, tak wrażliwy dla Rosji. Łatwiej rozbudzić nastroje regionalno-separatystyczne na Syberii czy w obwodzie kaliningradzkim pod pretekstem żądania bardziej zbalansowanych stosunków ekonomicznych z centrum niż opierać się na separatyzmie nacjonalistycznym każdej narodowości.

Po trzecie, separatyzm regionalny jest wielonarodowy, mogą go wyznawać mieszkańcy niezależnie od regionu i narodowości. To nadaje regionalnemu separatyzmowi aspekt legalności i zgodności z zasadami demokratycznymi, pozwalając zaliczyć go do ideologii pokojowych i z góry oskarżyć o wszystko władze centralne.

Po czwarte, separatyzm regionalny łatwiej wpleść w działalność protestacyjną radykalnej prozachodniej opozycji. Natomiast wplecenie rozszalałego nacjonalizmu jest dużo trudniejsze z powodu jego bojowniczej retoryki.

Po piąte, popierając regionalizm można oskarżać władze centralne o szowinizm narodowy. Paul Goble właśnie tak robi.

Jednocześnie republiki Powołża określa wspólną nazwą Idel-Ural, co odsyła nas do agresywnych fantazji miejscowych nacjonalistów z czasów wojny domowej i prób Hitlera rozegrania nacjonalistycznej karty wśród narodów Powołża (w skład Wermachtu wchodził batalion „Idel-Ural”) (2).

Po szóste, separatyzm regionalny jest skierowany na oderwanie od państwa całych regionów, a nie tylko miejsc zamieszkania tej czy innej narodowości. Na przykład Rosjanom z Powołża pozwala się figurować między obywatelami niepodległego Idel-Uralu.

Radio „Swoboda” uruchomiło całą serię źródeł tematycznych, propagujących separatyzm regionalny w Rosji. Portal „Idel.Realia” przedstawia życie republik ugrofińskich w Rosji jako smutne i bez perspektyw, gdzie tłumi się kulturę ugrofińską i nędznieje gospodarka (3). Uruchomiono także projekty „Donbas. Realia”, „Krym. Realia” i „Syberia. Realia”. Chociaż przekazywane przez nich informacje z realiami nie mają nic wspólnego.

Jeśli problemy kulturowo-językowe w republice nie stoją na ostrzu noża (jak w Tatarstanie lub Baszkirii, gdzie większość rdzennych mieszkańców posługuje się językiem ojczystym) i spekulacje wobec nich nie działają, radio „Swoboda” wprowadza do informacyjnego obrotu inne prowokacyjne tematy – o istniejących rzekomo politycznych prześladowaniach regionów ze strony Moskwy, ograniczaniu uprawnień regionów i obojętności centrum wobec problemów prowincji.

Nie tylko Stany Zjednoczone starają się wpoić w Rosji separatyzm regionalny. Wielokrotnie informowaliśmy o „königsberyzacji” Kaliningradu za niemieckie pieniądze i przy pomocy fanów „niemieckiej starożytności” w samym Kaliningradzie (4,5,6); o chęci Norwegii wprowadzenia pewnej powołżskiej tożsamości ludności obwodu archangielskiego.

Na próbach utworzenia w regionach opozycyjnie nastawionej warstwy społecznej spośród mieszkańców polskiego pochodzenia, zwłaszcza młodzieży, przyłapano pracowników polskich przedstawicielstw dyplomatycznych (7).

1)    https://www.fondsk.ru/news/2017/11/24/o-zapadnyh-zaschitnikah-regionalnyh-interesov-v-rossii-45118.html

2)    http://windowoneurasia2.blogspot.ru/2017/10/peoples-of-idel-ural-come-together-to.html

3)    https://www.idelreal.org/a/28394399.html

4)    http://newsbalt.ru/reviews/2017/01/university-konigsberg-rich-nazi-past/

5)    http://newsbalt.ru/news/2017/06/09/kaliningradskiy-minkult-profinansiroval-panegirik-koenigsbergu/

6)    http://newsbalt.ru/analytics/2017/01/hannah-arendt-lies-and-russophobia/

 

7)    http://newsbalt.ru/analytics/2016/08/poland-kuzbass-political-provocations/

 

Strona 1 z 4