InterAffairs

Śr02212018

Last update09:48:30 AM

RUS ENG FR DE PL ESP PT ZH AR

Font Size

SCREEN

Profile

Layout

Menu Style

Cpanel
Tendencje

Tendencje (16)

 

Ostatnio amerykańscy eksperci poświęcają szczególną uwagę stosunkom rosyjskich regionów z władzami centralnymi.

Wykorzystując problemy społeczno-ekonomiczne w różnych podmiotach Federacji Rosyjskiej, intelektualiści zza oceanu promują tezę o konieczności decentralizacji ich stosunków z Moskwą.

I nie chodzi  tylko o obdarowanie regionów dodatkowymi autonomicznymi uprawnieniami, a o dążenie Amerykanów do rozerwania Rosji wzdłuż regionalnych szwów.

Były pracownik CIA, obecnie jeden z wiodących ekspertów Fundacji Jamestown (USA) Paul Goble nazywa regionalizm nacjonalizmem przyszłej rosyjskiej rewolucji. Wzywa do zamiany nacjonalizmu na regionalizm i do budowy różnych regionalnych tożsamości wewnątrz Rosji – syberyjskiej, nowogrodzkiej, königsberskiej (1).

Goble niejednokrotnie popierał idee stworzenia na terytorium Rosji niepodległej Republiki Uralskiej, Republiki Syberyjskiej, niepodległej Ugrofińskiej, niezależnej Ingrii itd. Goble jest pewien, że jeśli chodzi o destabilizację Rosji to przyszłość należy do projektów regionalnych.

Fundacja Jamestown – analityczne centrum eksperckie, które skupia swoją uwagę na problemach narodowych i regionalnych Rosji. Wśród głoszonych przez Fundację pomysłów jest – kształtowanie nacjonalnej kozackiej tożsamości narodowej wśród ludności Kubania i Donu, pomorskiej – u mieszkańców Rosyjskiej Północy, odrębnej tożsamości narodowej tatarów syberyjskich itp.

Czym jest podyktowane przeniesienie akcentu z banalnego nacjonalizmu na regionalizm przez społeczność amerykańskich ekspertów?

Po pierwsze, regionalizm wygląda bardziej reprezentacyjnie niż silny nacjonalizm. Nacjonalizm może zostać odrzucony przez społeczeństwo ze względu na teorie rasowe i inne obraźliwe praktyki, nieuchronnie wynikające z ideologii nacjonalistycznej.

Po drugie, to właśnie nacjonalizm najpełniej zawiera w sobie czynnik społeczno-gospodarczy, tak wrażliwy dla Rosji. Łatwiej rozbudzić nastroje regionalno-separatystyczne na Syberii czy w obwodzie kaliningradzkim pod pretekstem żądania bardziej zbalansowanych stosunków ekonomicznych z centrum niż opierać się na separatyzmie nacjonalistycznym każdej narodowości.

Po trzecie, separatyzm regionalny jest wielonarodowy, mogą go wyznawać mieszkańcy niezależnie od regionu i narodowości. To nadaje regionalnemu separatyzmowi aspekt legalności i zgodności z zasadami demokratycznymi, pozwalając zaliczyć go do ideologii pokojowych i z góry oskarżyć o wszystko władze centralne.

Po czwarte, separatyzm regionalny łatwiej wpleść w działalność protestacyjną radykalnej prozachodniej opozycji. Natomiast wplecenie rozszalałego nacjonalizmu jest dużo trudniejsze z powodu jego bojowniczej retoryki.

Po piąte, popierając regionalizm można oskarżać władze centralne o szowinizm narodowy. Paul Goble właśnie tak robi.

Jednocześnie republiki Powołża określa wspólną nazwą Idel-Ural, co odsyła nas do agresywnych fantazji miejscowych nacjonalistów z czasów wojny domowej i prób Hitlera rozegrania nacjonalistycznej karty wśród narodów Powołża (w skład Wermachtu wchodził batalion „Idel-Ural”) (2).

Po szóste, separatyzm regionalny jest skierowany na oderwanie od państwa całych regionów, a nie tylko miejsc zamieszkania tej czy innej narodowości. Na przykład Rosjanom z Powołża pozwala się figurować między obywatelami niepodległego Idel-Uralu.

Radio „Swoboda” uruchomiło całą serię źródeł tematycznych, propagujących separatyzm regionalny w Rosji. Portal „Idel.Realia” przedstawia życie republik ugrofińskich w Rosji jako smutne i bez perspektyw, gdzie tłumi się kulturę ugrofińską i nędznieje gospodarka (3). Uruchomiono także projekty „Donbas. Realia”, „Krym. Realia” i „Syberia. Realia”. Chociaż przekazywane przez nich informacje z realiami nie mają nic wspólnego.

Jeśli problemy kulturowo-językowe w republice nie stoją na ostrzu noża (jak w Tatarstanie lub Baszkirii, gdzie większość rdzennych mieszkańców posługuje się językiem ojczystym) i spekulacje wobec nich nie działają, radio „Swoboda” wprowadza do informacyjnego obrotu inne prowokacyjne tematy – o istniejących rzekomo politycznych prześladowaniach regionów ze strony Moskwy, ograniczaniu uprawnień regionów i obojętności centrum wobec problemów prowincji.

Nie tylko Stany Zjednoczone starają się wpoić w Rosji separatyzm regionalny. Wielokrotnie informowaliśmy o „königsberyzacji” Kaliningradu za niemieckie pieniądze i przy pomocy fanów „niemieckiej starożytności” w samym Kaliningradzie (4,5,6); o chęci Norwegii wprowadzenia pewnej powołżskiej tożsamości ludności obwodu archangielskiego.

Na próbach utworzenia w regionach opozycyjnie nastawionej warstwy społecznej spośród mieszkańców polskiego pochodzenia, zwłaszcza młodzieży, przyłapano pracowników polskich przedstawicielstw dyplomatycznych (7).

1)    https://www.fondsk.ru/news/2017/11/24/o-zapadnyh-zaschitnikah-regionalnyh-interesov-v-rossii-45118.html

2)    http://windowoneurasia2.blogspot.ru/2017/10/peoples-of-idel-ural-come-together-to.html

3)    https://www.idelreal.org/a/28394399.html

4)    http://newsbalt.ru/reviews/2017/01/university-konigsberg-rich-nazi-past/

5)    http://newsbalt.ru/news/2017/06/09/kaliningradskiy-minkult-profinansiroval-panegirik-koenigsbergu/

6)    http://newsbalt.ru/analytics/2017/01/hannah-arendt-lies-and-russophobia/

 

7)    http://newsbalt.ru/analytics/2016/08/poland-kuzbass-political-provocations/

 

 

Ogłoszona na dniach decyzja Białego Domu nie mogła nie wywołać burzy reakcji. Żadna inna kwestia, tym bardziej w aktualnych warunkach, nie mogłaby się jej równać, jeśli chodzi o symboliczność i wieloznaczność, łącznie z pomiarem wewnętrznego stanu Ameryki. Nawet jeśli na Statui Wolności umieszczono by wielki transparent z napisem „Zamknięta na remont”, nie dałoby to tak jasno do zrozumienia światu zewnętrznemu, że Ameryka zamyka się, żeby skoncentrować się na swoich sprawach, które nie mogą dalej czekać, szczególnie po falstarcie ze zmianami w odniesieniu do prezydentury B. Obamy.

I jak wszystko w życiu, ta decyzja ma swoją logikę, którą trzeba zrozumieć. Sprawy zewnętrzne schodzą na drugi plan. Sojusznikom można dawać to, czego ci oczekują, ale na ich własny rachunek i już w ramach wewnętrznej dyplomacji transakcyjnej. Wszystko, co stoi na przeszkodzie transformacjom wewnątrz kraju, pójdzie pod nóż. To nie oznacza rezygnacji z elementów tradycyjnej strategii polityki zagranicznej, włączając przywiązywanie do siebie sojuszników i sprawianie problemów potencjalnym konkurentom, ale nie kosztem priorytetów wewnętrznych, a po prostu inercyjnie, dla komfortu psychologicznego elit.

O trudnej sytuacji, w której znajdują się i administracja, i kraj, świadczy fakt, że D. Trump uznał za konieczne ustąpienie ewangelicznemu skrzydłu (niemającemu nic wspólnego z Nowym Testamentem) republikańskiego establishmentu i elektoratu, czego dotąd nie zrobił żaden z prezydentów. Ten segment amerykańskiego społeczeństwa wyznaje tzw. „chrześcijański syjonizm”, wierząc w to, że święte miejsca powinny znajdować się pod kontrolą Izraela dopóty, dopóki nie przyjdą tam „prawi” chrześcijanie. Chodzi o krucjatę po pełnomocnictwie wydanym Izraelowi, jak by to nie zabrzmiało. Tym razem kosztem tego, że USA stają do walki z całym światem islamskim.

Przy całym poparciu transformacji w USA społeczeństwo międzynarodowe nie może się zgodzić z tak nieodpowiedzialnym, w duchu „po mnie niech się wali i pali”, podejściem ignorującym interesy innych krajów konfliktu arabsko-izraelskiego oraz sformułowane podstawy prawnomiędzynarodowe jego uregulowania. Ta decyzja nie odpowiada też statusowi USA jako jednego ze stałych członków RB ONZ, który niesie za sobą odpowiedzialność za wspieranie międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa.

Po próbach realizacji w regionie w ciągu ostatnich 25 lat strategii zmiany świeckich (baasistowskich – od partii Baas – red.) rządów w Iraku i Syrii na rzecz monarchistycznych, przede wszystkim Zatoki Perskiej, USA, w gruncie rzeczy, rzucają te monarchie na pastwę losu. Ważny jest nie tyle problem Palestyny (kto i ile razy zdradzał Palestyńczyków w samym regionie?), co wymiar wyznaniowy problemu statusu Jerozolimy i jej świątyń. To już dotyka, przy czym w najbardziej krytyczny sposób, kwestii wewnętrznej, i tej w ramach świata arabsko-muzułmańskiego, legitymizacji rządów monarchistycznych. Najdotkliwiej odczuwa to Arabia Saudyjska, skąd od 40 lat napływa dżihad. A teraz, po krachu dżihadystycznych projektów w Iraku i Syrii, jego ofiarą może paść samo królestwo, według znanej zasady „kto mieczem wojuje…”. A fundamentaliści nigdy nie ukrywali, że kontrola nad półwyspem i jego świątyniami stanowi ich ostateczny cel. Doszedł jeszcze gaz łupkowy, odłączając USA od regionu w kwestii energetyki.

Decyzja Waszyngtonu skazuje na porażkę aktualny projekt modernizacji Królestwa Arabii Saudyjskiej, choć jego sukces i bez tego stał pod znakiem zapytania. Rozpad Arabii Saudyjskiej, który eksperci i obserwatorzy wróżą od dawna, przewidując różne warianty wydarzeń, wystawi na światło dzienne problem zbiorowej kontroli wiodących państw islamskich nad Mekką i Medyną. Tak więc „neoosmańskie ambicje” Ankary nie są aż tak iluzoryczne. Likwidacja amerykańskich baz w regionie raczej nie ułatwi sytuacji, w której znajdują się Rijad i inne stolice, a prawdopodobnie na odwrót. Nową dynamikę zyska kwestia przyszłości islamu, jego uwspółcześnienia, w którym mogą przewodzić „bracia muzułmanie”, Turcja i Katar. Bogatą w ropę wschodnią część Arabii Saudyjskiej zaludniają szyici – czy Zatoka Perska stanie się „szyickim morzem”? Czyli za jednym zamachem runie cała powstała konstrukcja regionalnej polityki. To, że wcześniej czy później ona musiała się kardynalnie zmienić, to co innego. Choć jest jasne, że na pozytywną transformację regionu Zachód poświęcił cały czas od zakończenia zimnej wojny: po prostu USA zajmowały się nie tym, co trzeba, „zamawiając muzykę w zachodnich rzędach”, a jednocześnie skazując na bierność „kwartet” bliskowschodnich pośredników.

Co się tyczy interesów Izraela pod postacią jego elity politycznej. Stawiano na nieformalny sojusz z Arabią Saudyjską przeciwko Iranowi. A teraz perspektywa jest następująca: strategiczna samotność w regionie. Wojująca Hezbollah (uczestnictwo w realnej wojnie w Syrii ze stratami liczonymi w tysiącach bojowników) – to znacznie poważniejsza sprawa niż w 2006 roku. Niszczycielska siła i dokładność sprzętu wojskowego są porównywalne do broni masowego rażenia. USA nigdy nie będą walczyć w regionie po stronie Izraela, ograniczając się do udzielania wsparcia finansowego, dozbrajania i udostępniania technologii wojskowych. I tak naprawdę to czyni sympatie do Izraela w Ameryce stosunkowo tanimi.

Izrael, oczywiście, może polegać na dyplomacji Rosji. Ale dyplomacja to sztuka możliwości, i może skończyć się na tym, że Moskwa będzie w stanie zrobić dla Izraela tylko tyle, że ewakuuje wychodźców i ich potomków z terytorium byłego Związku Radzieckiego. Światowy rozwój wydarzeń wstępuje w fazę, kiedy trzeba myśleć o tym, co wcześniej nawet nie przyszłoby do głowy. To, co udało nam się osiągnąć w Syrii, było możliwe dzięki woli jednego człowieka, który dokładnie przemyślał sytuację, jej ryzyko i możliwości, i który posiada poczucie umiaru, charakterystyczne dla naszej kultury, ale dla amerykańskiej czy zachodniej już nie. Trzymaliśmy się ograniczonych celów i osiągnęliśmy je. Nie jesteśmy bogami. Cały blask naszego sukcesu zapewniło to, że nie było innego „planu działania”: on był wbudowany w strategię zwycięstwa, określając podejmowane przez nas działania – od początku do końca. W tej czy innej formie nieprędko opuścimy Syrię, ale USA są zdecydowanie nastawione na przeszkadzanie nam tam już pod postacią „spoilerów”, i to będzie komplikowało sytuację Izraela, generując podwyższone oczekiwania i niebezpieczne iluzje. Najważniejsze – Rosja przebywa w regionie z konieczności: w żadnym wypadku nie jesteśmy jego „gospodarzem”, co starają się nam przypisać zachodnie media, posługując się kategoriami swojej własnej kultury politycznej; nie mamy zamiaru go kontrolować, jak robili to Amerykanie za pomocą swojego „nadzoru strategicznego” regionu.

Izraelowi nie zaszkodziłyby dobre stosunki z Ankarą. Ale uratować sytuację może jedynie sam, w szczególności będzie musiał przedstawić realistyczny projekt świata z Arabami, przy czym niezwłocznie, póki jest komu proponować i z kim negocjować. Wygląda na to, że w tej sprawie niczego poważnego ze strony administracji Trumpa nie będzie. Przy tym trzeba będzie mieć na uwadze to, że bez międzynarodowych gwarancji i sił w celu zapewnienia bezpieczeństwa Izraela się nie obejdzie. Po co doprowadzać sprawę do punktu krytycznego, kiedy będzie już za późno. W każdym wypadku to władze Izraela muszą decydować – nikt i nic, oprócz sytuacji, nie jest w stanie narzucić im prawidłowego rozwiązania.

W interesach Izraela leży wspieranie modernizacji regionu. Popieranie nieudanych projektów Waszyngtonu, z których każdy w rezultacie nanosił uszczerbek kwestii bezpieczeństwa Izraela, jak twierdzi sama izraelska elita polityczna, czegoś powinno nauczyć. Wystarczy przypomnieć, że wojna w Iraku podtrzymywana była w imię hasła „Droga do Jerozolimy prowadzi przez Bagdad” (a potem „przez Damaszek”?). Teraz, kiedy Waszyngton swoim „prezentem na pożegnanie” dla Izraela trzaska drzwiami, zrzucając z siebie odpowiedzialność za losy Bliskiego Wschodu, najwyższy czas przewartościować sytuację i podjąć decyzje, które zapewnią Izraelowi przetrwanie w nowej atmosferze regionalnej w długoterminowej perspektywie.

Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o osobiste przyznanie faktycznego zamknięcia zachodniego projektu przez jego pomysłodawców i zaopatrzonych w beneficja właścicieli – Anglosasów. Po prostu – „korona” imperium okazała się za ciężka. Zrezygnowali więc nawet ze stworzenia dwóch „twierdz” w formie Partnerstwa Transpacyficznego i Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycyji: dobrze zamortyzować uderzenie, ale nie aż tak. Jako pierwsi sytuację zrozumieli Anglicy, łącznie z solidną częścią konserwatywnego establishmentu. Posłużyło temu własne doświadczenie, kiedy – nie bez poniżenia awantury o Suez – gruzy Imperium Brytyjskiego posłużyły jako materiał przy budowie globalnego imperium USA. Teraz i ono upada, ale jest ostatnie – innego nie będzie – i trzeba się ratować w pojedynkę. Dlatego pod hasłem „globalnej Brytanii” Londyn dokonał wyboru na rzecz wielosektorowej dyplomacji rosyjskiego wzorca i polityki wolnego handlu według wzorca XIX wieku.  Można sądzić, że ten temat jest obecny na rozmowach koalicyjnych M. Schulza i A. Merkel: branie na siebie roli lidera Zachodu nie jest konieczne, gdy kwestia jest mglista, ale ratować Europę trzeba, choć lepiej, jeśli już europejski projekt w aktualnej formie praktycznie jest skazany na porażkę (Niemcy nie chcą płacić za dalszą integrację), wykazać inicjatywę i zacząć na poważnie pracować nad utworzeniem Wielkiej Europy.

 

W reakcji na kapitulację Paryża (i Francji) w czerwcu 1940 roku Anna Achmatowa pisała: „Kiedy chowają epokę, nadgrobny psalm nie rozbrzmiewa, pokrzywą, ostem udekorować ją trzeba”. Tym razem jest sporo szumu – sankcyjnego z Waszyngtonu i antyrosyjskiej retoryki z Londynu. Sensu sprawy to nie zmienia: sojusznicy i przyjaciele powinni do samego końca tkwić w okopach, póki grabarze „śmiało pracują”. No i trawa – ich ulubiona. Statek zaczął przeciekać i przechyla się – po co czekać, aż woda chluśnie na pokład. I decyzja w sprawie Jerozolimy nie pozostawia żadnych wątpliwości, przy czym nie tylko arabskim sojusznikom USA, odnośnie istoty tego, co się dzieje.

 

 

W zeszłym tygodniu był w Moskwie król Arabii Saudyjskiej Salman ibn Abd al-Aziz as-Suud. Przygotowania do wizyty trwały około dwóch lat, a przyjazd monarchy był przekładany oczywiście nie z winy rosyjskiej strony przyjmującej.

Media w Arabii Saudyjskiej jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji nazwały wizytę „historyczną” i zapewniały, że jej „powołaniem jest postawienie wszystkich kropek nad «i» w zagadnieniach politycznych, ekonomicznych, strategicznych, związanych z problemem syryjskim, rynkiem ropy, a także wojskowym zbliżenie Rosji i Arabii Saudyjskiej i współpraca w sferze energii atomowej”. (cyt. wg inosmi.ru) Rosyjscy obserwatorzy, jak zwykle, byli bardziej powściągliwi w opiniach.

Przypomnijmy, że stosunki dyplomatyczne między dwoma krajami zostały wznowione w 1991 roku, ale oznaki prawdziwego zbliżenia pojawiły się na początku 2000 roku po pacyfikacji w Czeczenii. Od tej pory strony od czasu do czasu wyrażały chęć zwiększenia poziomu współpracy, ale na deklaracjach się kończyło.

Zresztą, w jednym kierunku pozytywny efekt widać gołym okiem: w dużej mierze dzięki staraniom Moskwy i Rijada na świecie pojawił się Globalny pakt o ograniczeniu wydobycia taniejącej ostatnio ropy naftowej. Tu nasze interesy na pewno są zbieżne. Nic dziwnego, że na podstawie wyników moskiewskich negocjacji strony, nie wdając się w szczegóły, deklarowały gotowość „w razie potrzeby” do przedłużenia działania porozumień Paktu.

Podpisano także szereg porozumień w sferze gospodarczej: w sprawie współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej, wysokich technologii, przetwórstwa ropy naftowej, transportu, finansów. W szczególności - między Rosyjskim funduszem inwestycji bezpośrednich i suwerennym funduszem Arabii Saudyjskiej. Choć nie należy zapominać, że na Wschodzie podpisanie umów częściej postrzegane jest jako wyrażenie zamiarów realizacji porozumień, ale nie jako obowiązek ich zrealizowania.

Duży rezonans wywołały kontrakty, memoranda i „umowy przedwstępne” o współpracy w dziedzinie wojskowo-technicznej: chodziło o sprzedaż systemów przeciwpancernych, granatników, o budowę w Arabii Saudyjskiej fabryki broni – za 3,5 mld dolarów. A co najważniejsze - o sprzedaż, już słynnych, systemów rakietowych S-400 „Triumf”. Jednak według szefa „Rostechu” Siergieja Czemezowa: „Saudyjczycy postawili warunek, że umowa wejdzie w życie, jeśli przekażemy im część technologii i uruchomimy produkcję na terenie Królestwa”. Czy Rosja na to pójdzie – oto jest pytanie. Co więcej według oświadczenia tego samego Czemezowa, „Pięć lat temu podpisaliśmy umowy na 20 miliardów dolarów, a jaki był tego sens, jeśli na intencjach się skończyło? Rijad nie wydał ani kopiejki na zakup czegokolwiek. Jeśli nazywać rzeczy po imieniu, Saudyjczycy po prostu się nami bawili, mówiąc: nie dostarczajcie systemów obrony przeciwlotniczej S-300 do Iranu, a my będziemy kupować waszą broń — czołgi i inne maszyny". (https://lenta.ru/news/2017/07/10/saudi/)

Na razie nie ma żadnych podstaw, by uznać, że zabawa się już skończyła. Armia saudyjska ma na uzbrojeniu najnowszą broń amerykańską, brytyjską i francuską. Nie ma żadnego sensu jej przezbrajanie, tym bardziej, że ostatnio podpisano z Trumpem rekordowy kontrakt na dostawę broni na sumę ponad 100 miliardów dolarów. Saudyjczycy nie mają powodów do robienia czegoś „na przekór” Zachodowi za przykładem Turcji: relacje między Rijadem, z jednej strony, Waszyngtonem i Brukselą, z drugiej, nie są bezproblemowe (takie w ogóle nie istnieją), ale dosyć „strategiczno-partnerskie”.

Problem najwyraźniej tkwi w czymś innym. Niestety na Bliskim Wschodzie rośnie w siłę kolejna runda konfrontacji międzywyznaniowej sunnitów i szyitów, reprezentowanych kolejno przez Arabię Saudyjską i Iran. Przy czym, inicjatywa aktualnie leży po stronie Iranu, który zwiększa swoje wpływy w Syrii, Iraku, Jemenie, Libanie (poprzez Hezbollah), a nawet w rejonie zatoki Perskiej – w nielubianym przez sąsiadów Katarze. Na marginesie, w pobliżu Kataru znajduje jest w większości szyicki Bahrajn, i w samym Królestwie również mieszka sporo szyitów.

Biorąc pod uwagę skalę krytyki pod adresem Teheranu, którą publicznie wyraził saudyjski król w Moskwie, trudno mieć wątpliwości, co do tego, że temat Iranu był jednym z najważniejszych punktów w części negocjacji, dotyczącej polityki zagranicznej. Kwestia, jak to się mówi, nabrzmiała: „prosaudyjskie” ugrupowania w Syrii, pod presją syryjskich, irańskich i rosyjskich wojsk, a także sił pod jurysdykcją Teheranu i Ankary, coraz szybciej zdają swoje pozycje – wpływ Królestwa w regionie spada. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że motywem przewodnim pozycji w Rijadzie została obietnica: „Kupimy Waszą broń, tylko nie sprzedawajcie jej Iranowi”. Rządząca dynastia, pomimo pewnych trudności gospodarczych, może pozwolić sobie na zainwestowanie w „żelazo” kilka miliardów dolarów, tylko po to by nie dostał go przeciwnik. Oprócz pieniędzy – jeszcze i polityczne dywidendy, które oznaczają - nowe potencjalne kontrakty z państwami regionu. W saudyjskich mediach w przeddzień wizyty nie bez powodu podkreślano, że poprawa stosunków z Rijadem korzystnie odbije się na stosunkach Moskwy z wieloma krajami regionu.

Przy tym jasne jest również, że wszelkie porozumienia w sprawie Syrii bez uzgodnienia z monarchiami z Zatoki Perskiej (czytaj: Arabii Saudyjskiej) są trudne do zrealizowania i obarczone nowymi konfliktami. Dlatego sam fakt przyjazdu „strażnika dwóch świętych meczetów” do Rosji – jest bardzo ważny. To świadczy o uznaniu naszego kraju za ważnego gracza na bliskim Wschodzie, nawet ze strony Rijadu i otwiera przed Moskwą, jak teraz się przyjęło mówić, nowe okno możliwości. Dlaczego Rosja miałaby nie spróbować stać się pośrednikiem w uregulowaniu konfliktu między Arabią Saudyjską i Iranem? Taka misja nikogo z nich nie skrzywdzi – na Wschodzie szanują negocjatorów, a ewentualny sukces będzie tego wart.

Potwierdzeniem tego, że Rosja może ubiegać się o tę rolę było oświadczenie Faisala J. Abbasa, redaktora naczelnego gazety Arab News: „Nie możemy ignorować tego, że Rosja stała się kluczowym graczem na Bliskim Wschodzie, w szczególności dzięki doktrynie Obamy, z powodu której rola USA w regionie znacznie osłabła, Rosja z jej finansowym i militarnym potencjałem weszła w ten układ”.

 

https://regnum.ru/news/polit/2331366.html

 

wtorek, 05 grudzień 2017 13:35

Iran: ciężkie losy Porozumienia nuklearnego

Written by

Prezydent USA Donald Trump przyjął nową strategię w stosunkach z Iranem. Zostały wygłoszone dwa główne oświadczenia. Pierwsze – o tym, że podpisane w 2015 roku Porozumienie nuklearne z Iranem dotyczące irańskiego programu nuklearnego jest nie do przyjęcia dla USA. Drugie – o wprowadzeniu sankcji przeciwko Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej, który został wpisany na listę organizacji wspierających terroryzm.

Od razu należy zaznaczyć, że prezydent Trump nie wyprowadził USA z Porozumienia nuklearnego z Iranem i nie zerwał go, a tylko tym razem nie potwierdził wypełnienia przez Iran „umowy jądrowej” (co już nie raz robił), zarządził rozpatrzenie możliwości wprowadzenia do niej zmian, a także poinformował o tym, że USA mogą ją wypowiedzieć w dowolnym momencie. Co prawda prezydent Trump przy tym nie określił metodyki, mechanizmów, dróg i instrumentów tego hipotetycznego wypowiedzenia. A przecież to nie tylko dwustronny amerykańsko-irański dokument, lecz zaakceptowany i potwierdzony przez Radę Bezpieczeństwa ONZ pakt międzynarodowy.

W przeciwieństwie do swojego szefa grupa doradców Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego poinformowała z kolei, że Iran spełnia warunki umowy. To w pełni uzasadnione i logiczne oświadczenie, gdyż główny międzynarodowy kontroler programu jądrowego Iranu - Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej – już osiem razy od momentu zawarcia porozumienia potwierdzał „surowe wypełnianie przez Iran swoich obowiązków związanych z Porozumieniem nuklearnym”. Dlatego też Trump nie miał i nie ma formalnego powodu dla zerwania umowy.

Inna kwestia – zmiana w tej umowie wymagań w stosunku do Iranu. Ale i to jest mało prawdopodobne. Iran jest kategorycznie przeciwny. Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif oświadczył, że Teheran nigdy nie będzie prowadził negocjacji na temat już zaakceptowanej umowy nuklearnej ze światowymi mocarstwami.

Z kolei szef Organizacji Energii Atomowej Iranu Ali Akbar Salehi potwierdził, że warunki Porozumienia nuklearnego nie mogą być zmienione i najlepsze wyjście to przestrzeganie ich.

Rosja, Chiny i Unia Europejska też wskazały, że Porozumienie nuklearne z Iranem nie wymaga dodatkowych zmian i udoskonaleń. Wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow zauważył słusznie: „Jest amerykańskie przysłowie, którego koledzy zza oceanu często używają w podobnych sytuacjach: «Nie naprawiaj tego, co działa».

A Porozumienie nuklearne funkcjonuje bez zastrzeżeń od 2,5 roku. Były zastępca sekretarza stanu USA i główny negocjator Waszyngtonu z pozostałymi członkami „szóstki” pośredników i Iranem Wendy Sherman ostrzegła: „Niechęć prezydenta do przyjęcia prawdy nt. porozumienia z Iranem – że ono funkcjonuje i jest w interesach bezpieczeństwa narodowego USA – będzie miała daleko idące konsekwencje”.

Dodajmy – nie w ostatniej kolejności dla USA, które niewątpliwie zderzą się z politycznymi, wizerunkowymi i moralnymi problemami. Bo przecież wszyscy uczestnicy negocjacji nuklearnych z Iranem (oprócz USA) podtrzymują Porozumienie nuklearne i są za jego zachowaniem, krytykując stanowisko Trumpa.

Oprócz tego uwolniony spod sankcji Iran stał się łakomym kąskiem dla międzynarodowego biznesu. Praktycznie wszystkie kraje UE, a także Japonia, Korea Południowa, Chiny, kraje Azji Południowo-Wschodniej są zainteresowane rozwijaniem stosunków gospodarczych z Iranem i występują przeciwko nowej kampanii antyirańskiej i nakładaniu nowych sankcji.

Porozumienie nuklearne z Iranem to najważniejszy, historyczny dokument, który możliwe że jako pierwszy od początku ery jądrowej, która rozpoczęła się w 1945 roku, jasno określa nuklearne ambicje konkretnego kraju i umieszcza je w surowych ramach międzynarodowych norm i wymagań Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. To dobry przykład efektywnej współpracy światowej dyplomacji, tworzącej precedens prawdziwego wzajemnego zaufania stron w imię zachowania reżimu nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Porozumienie nuklearne z Iranem może stać się modelem dyplomatycznego uregulowania regionalnych i światowych kryzysów.

Godnym uwagi jest to, że Wielka Brytania, Niemcy, Francja podkreślają w umowie aspekt nierozprzestrzeniania jądrowego i twierdzą, że ta spełnia swoje zadanie. Wystąpili w obronie Porozumienia nuklearnego z Iranem i wezwali USA, by nie podejmowały kroków, które mogłyby je podważyć, a tym samym naruszyć cały reżim nierozprzestrzeniania broni jądrowej.

Jak zauważają media, Londyn, Paryż i Berlin wezwały Waszyngton do „opamiętania się”. Prezydent Francji Emmanuel Macron poinformował o nadchodzącej wizycie w Iranie, a szef MSZ Niemiec Sigmar Gabriel powiedział, że polityka Białego Domu odpycha Europę od USA, a co więcej popycha ku współpracy z Chinami i Rosją.

Prezydent Rosji Władimir Putin na początku listopada odwiedzi Teheran, gdzie przeprowadzi rozmowy z prezydentem Iranu Hasanem Rouhanim. Bez wątpienia wśród poruszanych kwestii będzie też przyszłość Porozumienia nuklearnego. Moskwa jeszcze raz potwierdzi swoje wsparcie dla tego międzynarodowego dokumentu.

Rozerwanie Porozumienia nuklearnego z Iranem przez USA nieuchronnie doprowadzi do nadszarpnięcia zaufania do Ameryki, a najgorsze – ogólnie do jakichkolwiek negocjacji dotyczących kwestii nuklearnych „granicznych” krajów, dążących do rozwoju broni jądrowej, w pierwszej kolejności Korei Północnej, a dalej – do upadku reżimu nierozprzestrzeniania broni jądrowej.

Wszystko to uczyni z USA państwo wyrzutka, które nie będzie miało żadnych moralnych praw wzywania kogokolwiek do negocjacji i nowych porozumień jądrowych.

Niewykluczone, że rozumiejąc konsekwencje swojej decyzji o wyjściu z Porozumienia nuklearnego z Iranem, Trump nie zdecydował się bezpowrotnie i ostatecznie ogłaszać o opuszczeniu tego porozumienia przez USA. W warunkach ciężkiej wewnątrzpolitycznej sytuacji w kraju Trump przerzucił odpowiedzialność za tę kwestię na Kongres. Kongresmeni mają 60 dni na zastanowienie się i przyjęcie ustawy o ponownym wprowadzeniu sankcji w związku z odmową prezydenta ws. potwierdzenia realizacji przez Iran umowy jądrowej i jeszcze 10 dni na głosowanie. 24 grudnia powinny wyjaśnić się losy Porozumienia nuklearnego z Iranem. W Ameryce jest mało zwolenników Iranu, ale za to wielu przeciwników Trumpa. Dlatego jeszcze nie wiadomo, jak zachowa się Kongres w grudniu. Gra będzie brutalna, jak w amerykańskim futbolu.

Niewykluczone, że inicjując nową antyirańską kampanię, wymierzoną w porozumienie jądrowe, Trump próbuje sprowokować Iran do samodzielnego wyjścia z Porozumienia. Taki wariant byłby najlepszym dla Trumpa.

Z kolei w Iranie toczy się własna gra, ponieważ jest tam wielu przeciwników tego porozumienia. Aktualnie w kraju zaostrza się walka pomiędzy w miarę liberalnym i reformatorskim otoczeniem Rouhaniego i jego politycznymi i gospodarczymi oponentami.

Wśród nich można wymienić w pierwszej kolejności Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, a także polityków skoncentrowanych wokół rywala Rouhaniego z ostatnich wyborów prezydenckich – Ebrahima Raisiego i radykalnie nastawionych klerykałów. Szczególną uwagę należy poświęcić właśnie Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej – to organizacja, która ma nie tylko wojskową, ale i gospodarczą siłę. I, na potwierdzenie, w okresie najcięższej presji sanacyjnej wywieranej na Iran to właśnie finansowe struktury Korpusu zdołały wypracować drogi obejścia ograniczeń, otrzymując za swoją działalność ogromne sumy pieniędzy. Korpus oczywiście nie był zainteresowany zniesieniem sankcji.

Walka polityczna trwa, i jest bardzo aktywna. I oczywiście Porozumienie nuklearne, program jądrowy Iranu, który stanowi dumę narodową państwa, znajduje się w samym centrum tej walki.

Antyirańska działalność prezydenta Trumpa jest na rękę przeciwnikom Hasana Rouhaniego, który całą swoją karierę prezydencką zbudował na zawarciu umowy jądrowej i wyprowadzeniu Iranu spod jarzma sankcji. Udało mu się osiągnąć pozytywne wyniki gospodarcze. W swoim noworocznym orędziu 20 marca tego roku powiedział: «Naród Iranu, przyjąwszy Porozumienie nuklearne, osiągnął pożądany rezultat: sanacyjne łańcuchy zerwane… Sankcje w sferze bankowej, operacji walutowo-finansowych, w sektorze naftowym i petrochemicznym, ubezpieczeń i transportu - wszystkie „sankcje jądrowe” zostały zniesione, co stworzyło wspaniałe warunki dla działalności gospodarczej naszego narodu». «Jestem pewien – podkreślił prezydent Rouhani – że połączenie sił wewnątrz kraju i konstruktywna współpraca ze światem pozwoli naszej gospodarce kwitnąć i rozwijać się.

I to prawda. W 2013 roku PKB spadało o prawie 6% rocznie, gdy tymczasem w 2016 roku gospodarka Iranu wykazała wzrost o 4-6%. Sukces odniesiono w kwestii walki z inflacją, która obniżyła się z nieoficjalnych 40% do około 10%.

Porozumienie nuklearne wyprowadziło Iran z izolacji. W ciągu 2 lat Teheran odwiedziły dziesiątki liderów państw i rządów, a ilość delegacji handlowo-gospodarczych ciężko zliczyć. Informowano o dziesiątkach umów o wartości miliardów dolarów.

W sierpniu tego roku, przedstawiając medżlisowi nowy skład gabinetu ministrów, prezydent Rouhani oświadczył, że jednym z priorytetów polityki zagranicznej nowego rządu będzie zachowanie porozumienia jądrowego i jego ochrona przed atakami USA. „Najważniejsze zadanie naszego ministra spraw zagranicznych – podtrzymywanie Porozumienia nuklearnego i niedopuszczenie do tego, by USA i nasi przeciwnicy osiągnęli sukces” – podkreślił Rouhani. „Bronić Porozumienia nuklearnego – znaczy stawiać opór wrogom Iranu” – dodał irański prezydent.

Zerwanie Porozumienia nuklearnego, a nawet sama próba dokonania tego przez Biały Dom znacznie wzmocni pozycje przeciwników prezydenta Rouhaniego i jego zespołu, co w rezultacie może doprowadzić do poważnych konsekwencji, nawet do siłowego przejęcia władzy przez przeciwników obecnego prezydenta. Przy takim scenariuszu wydarzeń całkiem możliwe, że Iran wyjdzie z Porozumienia nuklearnego, Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej zostanie odsunięta od kontrolowania działalności jądrowej Iranu, co doprowadzi do aktywacji programu jądrowego Iranu i reanimuje jej komponent wojskowy.

Taki rozwój sytuacji wywoła natychmiastową reakcję USA, Izraela, Arabii Saudyjskiej, co zaowocuje wybuchem jeszcze jednego konfliktu zbrojnego na Bliskim Wschodzie.

Nie mniej niebezpiecznym jest postanowienie Trumpa dotyczące wpisania Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej na listę organizacji terrorystycznych i zrównanie go z takimi organizacjami jak Al-Kaida i Państwo Islamskie.

Teheran niezwłocznie odpowiedział na ten ruch. Szef MSZ Iranu Zarif, nie ujawniając szczegółów, oświadczył, że reakcja Iranu będzie nadzwyczaj ostra.

Z kolei dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej generał Dżafari zasugerował, że organizacja w odpowiedzi na krok Trumpa uzna armię USA za terrorystów i uczyni ją swoim celem, na równi z PI, na całym świecie, a przede wszystkim na Bliskim Wschodzie. Przy tym generał Dżafari z naciskiem rekomendował USA opuścić region bliskowschodni i oddalić się od Iranu na odległość nie mniejszą niż 2000 km (to zasięg irańskich pocisków balistycznych średniego zasięgu). Według niektórych danych irańskie dowództwo przekierunkowało swoje siły rakietowe na cele i obiekty związane z dyslokowanymi na Bliskim Wschodzie amerykańskimi wojskami.

W taki sposób „zimna wojna” USA i Iranu, która trwa już prawie 40 lat, za sprawą wysiłków administracji prezydenta Trumpa konsekwentnie, krok za krokiem, wchodzi w nową, krytyczną fazę. Zagrożony jest nie tylko Iran, nie tylko i tak już gorejący Bliski Wschód, ale również, być może, najważniejsze – czyli reżim nieproliferacji broni jądrowej.

 

Nacisk, jaki wywiera Unia Europejska na Polskę z powodu przejawów „tendencji autorytarnych” w tym kraju, posiada bezkompromisowy charakter. Po raz pierwszy od niespodziewanego zwycięstwa partii nacjonalisty Jörga Haidera w wyborach w Austrii na początku XXI wieku UE rozpatruje wprowadzenie sankcji w stosunku do jednego ze swych członków – Polski. A w ostatnich dniach w kontaktach Polski i Brukseli pojawił się nowy zgrzyt: polski rząd, który obraził się z powodu perspektywy nałożenia na kraj sankcji za „zamach na niezależność sądów”, wysunął wobec Niemiec, grających pierwsze skrzypce w UE, żądanie kompensacji za przestępstwa popełnione przez nazistów na polskich ziemiach w latach 1939-1945, kiedy to podczas samego Powstania Warszawskiego w 1944 roku zginęło nie mniej niż 200 tysięcy Polaków. Niemcy póki co ignorują te sygnały ze strony Warszawy. euobserver.com

Co było przyczyną powstania konfliktu między Polską i UE? Formalne przyczyny przygotowywanych dla Polski sankcji są dwie.

Pierwsza – „mgliste kryteria” (sformułowanie oficjalnego przedstawiciela UE), zgodnie z którymi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro będzie mianował sędziów sądów okręgowych i apelacyjnych. Tymczasem polski parlament, w którym dominuje nieprzychylna wobec UE partia Prawo i Sprawiedliwość, będzie decydować o składzie Krajowej Rady Sądownictwa.

Formalnie nowa reforma sądownictwa w Polsce przebiega zgodnie z prawem – w zgodzie z nowym ustawodawstwem wprowadzonym do polskiego Sejmu przez PiS, który zwyciężył w ostatnich wyborach. Druga przyczyna gniewu UE, wyraźnie widać, że naciągana, to zasada, że sędziny w Polsce według nowego prawa będą mogły przejść na emeryturę nie w wieku 65 (jak mężczyźni), a 60 lat, co z punktu widzenia Unii Europejskiej jest „dyskryminacją ze względu na płeć”: mężczyźni i kobiety powinni być równi we wszystkim, łącznie z wiekiem emerytalnym.

Uważa się, że główną przyczyną gniewu UE jest nie tyle nowe ustawodawstwo, co władza, jaką nowy system daje partii PiS i nielubianemu przez Brukselę człowiekowi – przedstawicielowi PiS Zbigniewowi Ziobro, który aktualnie jest i prokuratorem, i ministrem sprawiedliwości. Przy pełnej realizacji nowej ustawy Ziobro będzie miał wpływ także na korporację sądowniczą. Tymczasem Ziobro to niekryjący się z tym przeciwnik głównych lobbystów UE w Polsce, a konkretnie liberalnej partii Platforma Obywatelska i jej nieformalnego lidera Donalda Tuska, zajmującego stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej (czyli najwyższe stanowisko w UE). Niedawno polska delegacja w UE bez powodzenia próbowała zaangażować „eurokratów” w wotum nieufności do Tuska, w rezultacie znaczna większość zagłosowała na jego korzyść, a samo głosowanie było poniżeniem dla Polski. Teraz PiS się mści, starając się objąć władzę nad przeciwnikami politycznymi, jeśli nie w Brukseli, to przynajmniej u siebie – w Polsce. Właśnie to rozgniewało Komisję Europejską, która nie uwierzyła nawet w werdykt polskiego Sądu Konstytucyjnego, który uznał nową reformę sądownictwa za zgodną z polską konstytucją. rp.pl

Wraz z pojawieniem się perspektywy znalezienia się pod sankcjami Warszawa, od 2004 roku dumny członek UE, nagle dostrzegła w działaniach sojuszu zagrożenie dla swojej suwerenności. Tak naprawdę – co ma Unia Europejska do procedury powoływania sędziów w Polsce? Tym bardziej że obowiązujące aktualnie schematy powoływania sędziów w Europie bardzo się między sobą różnią, i na przykład w Niemczech minister sprawiedliwości odgrywa dużą rolę w ich powoływaniu. W czasach potępianej teraz w Polsce, lojalnej względem Związku Radzieckiego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (PRL) nawet Moskwa nie ingerowała w te kwestie. Dlatego kiedy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans jasno nakreślił przed Polską perspektywę nałożenia unijnych sankcji w przypadku jeśli Warszawa nie zrezygnuje z nowej reformy sądownictwa, posypały się porównania do Związku Radzieckiego.

I tak Ryszard Legutko, poseł do Parlamentu Europejskiego od rządzącej w Polsce partii PiS, oskarżył Timmermansa o „breżniewizm”. A oficjalny przedstawiciel polskiego rządu Rafał Bochenek oświadczył w wywiadzie dla polskiej agencji PAP: „Nie poddamy się jakiemukolwiek szantażowi ze strony oficjalnych przedstawicieli UE, a zwłaszcza w przypadku gdy ten nie będzie oparty na jakichkolwiek faktach”. euobserver.com

W odpowiedzi Unia Europejska zaczęła stosować wobec Warszawy wiele z tych form nacisku, które wcześniej były używane tylko w stosunku do Ukrainy i Rosji – zaczęły padać oskarżenia o autorytaryzm, dyktaturę, powrót do właściwej społeczeństwom krajów byłego Związku Radzieckiego psychologii zniewolenia. Te obwinienia zostały podchwycone przez lojalną Unii Europejskiej prasę w Polsce – na przykład przez Gazetę Wyborczą. W rezultacie wielu Polaków odebrało te oskarżenia na poważne i krajem wstrząsnęły milionowe protesty.

„Tak naprawdę wrogość Komisji Europejskiej do obecnego parlamentu Polski i utworzonego przez niego rządu partii PiS daje się łatwo wyjaśnić: opozycyjna partia PO to najbliższa UE siła polityczna Polski i Bruksela chce wspierać swoich” – komentuje sytuację deputowany Parlamentu Europejskiego Janusz Korwin-Mikke.

Równie rażącą jak wywieranie przez UE nacisku na Polskę jest ingerencja USA w tworzenie się nowego systemu sądownictwa na Ukrainie. Tam reforma przechodzi według tej samej formuły co w Polsce: najpierw tworzy się Wyższa Rada Sądownictwa i dopiero ona ma pomóc w odnowieniu korpusu sędziowskiego, wyrzucając na bruk sędziów, którzy skompromitowali się podczas teraz oficjalnie potępianego „reżimu Janukowycza”. Odnawianie systemu sądownictwa na Ukrainie rozpoczęło się już w 2016 roku i pierwszy „otwarty konkurs” odbywa się w celu rotacji na 120 stanowiskach w składzie Sądu Najwyższego Ukrainy. I oto bez względu na to, że kandydaci przeszli masę profesjonalnych testów i zostali sprawdzeni przez wiele ukraińskich „biur antykorupcyjnych”, ambasada USA „zgłosiła braki” u 30 ze 120 kandydatów, przy czym poinformowała o tym w najbardziej poniżającej formie – przez Twitter ambasady. Przedstawicielstwo USA faktycznie zażądało ponownego, wnikliwego rozpatrzenia każdej z kandydatur. rian.com.ua

 

To oczywiste, że jawna ingerencja USA i UE w proces tworzenia się korpusu sędziowskiego w Polsce i Ukrainie tylko potwierdza istnienie systemu zakamuflowanych stosunków wasalnych, który USA i UE podtrzymują na przestrzeni długich lat w strefach swoich wpływów. Ale teraz ten konflikt wybrzmiał publicznie, kompromitując wszystkich jego uczestników i same wartości demokratyczne, o których na Zachodzie lubią wspominać przy każdej dogodnej okazji.

 

 

Sytuacja zewnątrzpolityczna i wewnątrzpolityczna presja zmuszają prezydenta Petra Poroszenkę do szukania formuły zachowania władzy. Formuła jest bardzo trudna do znalezienia w kraju, który przeżywa regularne przewroty od 2005 roku, kraju, który żyje pod protektoratem interesów Zachodu, który, zachowując znaczną część starej elity politycznej, pozwolił na pojawienie się nowej „elity” – skorumpowanej politycznym brakiem zasad moralnych, osłaniającej albo ideałami rewolucji (dziennikarze, którzy weszli do polityki), albo „prawdą okopową” ATO i prawem na niej opartym (walczący ochotnicy, „dowódcy batalionu i innych żołnierzy ATO).

Problem ukraińskiej klasy politycznej polega na tym, że dokonując przewrotów politycznych lub przywrócenia dawnego reżimu, nie wyciągają wniosków ani z historii, ani z historii przewrotów światowych. I „pomarańczowa rewolucja” (2005 r.), i tzw. „rewolucja godności” (2014 r.) w swej istocie nie były rewolucjami. Był to przewroty polityczne, ponieważ za problemami ideologii i masowymi protestami stały interesy części elity politycznej i zagranicznych sił politycznych. Ukraińska elita, której część się wybiła, a druga część straciła pozycję i środki, zachowała podstawowe schematy korupcyjne, które w dużej mierze dyktują pewną logikę procesu politycznego. Dzięki historii „pomarańczowej rewolucji” i „rewolucji godności” polityczny światopogląd elit pokrył się grubą warstwą narodowego patriotyzmu i nowej „ideologii państwowej” kraju, dążącego do Europy i NATO.

Obecny prezydent Ukrainy Petro Poroszenko to zgodnie ze swoim pochodzeniem – przedstawiciel starej elity politycznej, który w ciągu dwóch dziesięcioleci wchłonął zasady starej szkoły ukraińskiej polityki:

- bez korupcyjnych schematów nie ma środków ani w polityce, ani w biznesie;

- bez politycznej retoryki nie da się zatuszować tych schematów.

Przewroty w 2005 i 2014 roku, gwałtownie przyspieszyły czas polityczny i historyczny na Ukrainie. I dla najnowszych przedstawicieli elity politycznej Ukrainy, nie mających żadnych środków, z wyjątkiem tych, które dała im w postaci stanowisk i pomocy finansowej stara elita, a także nowego narzędzia - mitingów, to bardzo wrażliwy czynnik. Czują, że tracą i te zasoby. Ta część elit potrzebuje ich natychmiastowej konwersji w zasoby władcze i finansowe.

Jedynym wyjściem dla nowej frakcji elity jest ciągłe zagrażenie władzy i części elity, do której należą zasoby, „fabryki i promy” i kontrolującej podstawowe instytucje władzy. Cele zagrożenia – zachowanie swoich politycznych pozycji za pomocą szantażu elity władzy w celu uzyskania od niej zasobów - władzy i finansów.

Tak właśnie narodził się „majdan 3.0”. (interaffairs.ru) Powstał na skutek procesu separacji warstw elity, gdy nowa elita nagle poczuła, że znów ją pokonano, że ekonomiczne schematy działają bez nich. Ale bez nich pracują nie tylko schematy, jak się okazało, bez nich może pracować i sama władza. Swoimi ostatnimi działaniami władza potwierdziła, że nie zamierza iść na ten stopień radykalizacji i demokratyzacji, która zagraża obecnemu systemowi.

Wskaźnikiem tego procesu stały się próby zerwania stosunków z Rosją i przyjęcia ustawy o zmianie zasad mianowania szefów administracji i ich zastępców. Historie te rozwijają się w kontekście „majdanu 3.0”. Zirytowana protestująca część elity już poinformowała o eskalacji kontrrewolucji i obraniu kursu na impeachment prezydenta Poroszenki, „narodowego impeachmentu”, ponieważ rozumie, że demonstranci nie posiadają środków, aby wpłynąć na instytucje władzy dla przeprowadzenia procedury impeachmentu.

O czym też mówią protestujący za pośrednictwem byłego odeskiego gubernatora Micheila Saakaszwilego, którego wybrali za swój symbol: „...deputowany Rady z partii «Swoboda» Jurij Lewczenko, przemawiając na wiecu, wezwał do «obalenia obecnej władzy». «Jeszcze cztery lata temu nikt nie myślał, że będziemy się gromadzić, aby przepędzić tę władzę” — powiedział. «Mamy zamiar przeprowadzić w kraju zamachu stanu, ale nie państwowy, a w świadomości ludzi» — powiedział Saakaszwili. (...) Wcześniej Saakaszwili poinformował o zamiarze rozpoczęcia «narodowego impeachmentu prezydenta Poroszenki w przypadku, jeśli ukraińskie władze «będą nadal ignorować» wymagania protestujących. «Jeśli oni nadal będą ignorować nasze wymagania... to 3 grudnia proponuję rozpocząć proces narodowego impeachmentu. Niech naród to zrobi»” — powiedział. (russian.rt.com)

„Niech naród to zrobi” - oświadcza Saakaszwili i jego zwolennicy z „majdanu 3.0”. Ale jest to słaba pozycja. Do nowego zamachu stanu, do zachwiania parlamentem, organami władzy i sytuacją w poszczególnych regionach kraju, do finansowania „akcji narodowych” potrzebne jest wsparcie znaczącej części elity. Parlament reprezentowany przez większość popiera teraz prezydenta, akcje protestu już dawno opuściła partia Julii Tymoszenko („Batkiwszczyna”) i „Samopomoc” - organizacje polityczne, zintegrowane ze strukturą władzy i posiadające zasoby finansowe. A to mówi o zmęczeniu graczy, posiadających zasoby, majdanami, ich wyraźnej niepewności i niechęci, przynajmniej w tej chwili, uczestniczenia w potencjalnym zamachu stanu i jego finansowaniu.

Dlatego, póki co Poroszenko wygrywa. Podczas gdy Saakaszwili protestuje pod budynkiem Rady Najwyższej, a szereg polityków i sił politycznych walczą o zerwanie stosunków dyplomatycznych z Rosją, prezydent Ukrainy uparcie nie zauważa Saakaszwilego i blokuje na etapie projektu ustawy antyrosyjskie inicjatywy. 8 listopada prezydent Poroszenko na posiedzeniu frakcji „Blok Petra Poroszenki” wystąpił przeciwko zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Rosją. (lb.ua)

Co jest powodem takiej pozycji Poroszenki, odmiennej od głównego nurtu ukraińskiej polityki? Wydawałoby się – to wspaniały temat do odciągnięcia uwagi mediów i społeczeństwa od problemów polityki wewnętrznej i gospodarki. Na zerwanie stosunków dyplomatycznych z Rosją Poroszenko pójść nie chce, ponieważ czas na ich zerwanie (w jego interesie) dawno minął, a przyjęcie takiego rozwiązania teraz oznaczałoby poważne pogorszenie pozycji negocjacyjnej Ukrainy wobec Donbasu, nowe problemy dla ukraińskich obywateli, pracujących w Rosji, a dla samego Poroszenki – pogorszenie pozycji jego polityki zagranicznej. A wszystko to na tle zbliżających się wyborów prezydenckich.

Jednocześnie zmieniono system mianowania gubernatorów. (rian.com.ua)

Dlaczego Rada poparła nowy schemat mianowania gubernatorów? Bo te dodatkowe filtry (komisje konkursowe, plebiscyty, itp.) utrudniają porozumienia między grupami finansowo-politycznymi, które od zawsze dzielą między sobą regiony, prowadzą przetargi na gubernatorów. A grupy finansowo-polityczne stoją za każdą z frakcji parlamentarnych. W tym samym czasie Poroszenko umacnia swoją władzę, swoje pozycje przed wyborami prezydenckimi.

Prezydentowi Poroszence i osobom, które zajęły niezachwiane pozycje politycznych przywódców ukraińskich partii, narzędzia w postaci protestów politycznych nie są teraz potrzebne. Wchodzą w okres porozumień wyborczych i sojuszy, prezydentowi opłaca się negocjowanie z silnymi graczami i można nie zwracać uwagi na te postacie i zdarzenia, które nie niosą poważnego zagrożenia.

 

Ukraińska władza na przykładzie tej sytuacji pokazuje twardą zależność od interesów klasy rządzącej. Wygląda na to, że Poroszenko zdecydował się wykorzystać pozostały czas dla politycznych manewrów nie patrząc na zewnętrzne siły i zagranicznych partnerów. Dlatego wzmacnia swoje władcze zasoby, nie zwracając uwagi na zarzuty „skradania się kontrrewolucji” i blokuje niepotrzebne mu inicjatywy. I do tego schematu walki o władzę „majdan 3.0” w żaden sposób nie pasuje. 

 

 

Pomimo stanowiska tureckiej konstytucji, że „każdy, kto jest połączony z państwem tureckim więzami obywatelstwa, jest Turkiem”, w kraju są dziesiątki mniejszości etnicznych i wyznaniowych, których członkowie są świadomi swojej inności w stosunku do turecko-sunnickiej większości ludności. Najbardziej liczną „mniejszością” są Kurdowie - do 20 mln osób.

Zasada państwowości narodu, która stała się kamieniem węgielnym Republiki Tureckiej, doprowadziła do wieloletniej negacji samego faktu istnienia kurdyjskiej grupy etnicznej, a w konsekwencji - do dominacji siłowych metod w kurdyjskim ruchu krajowym. W latach 1970-1980 ubiegłego wieku tureckim stróżom prawa sprzeciwiali się Tekoşin, KUK, KUK-SE, Rızgari i inne radykalne organizacje głównie o naturze lewicowej. W 1984 r. nalotami na posterunki policji w południowo-wschodniej części kraju, poinformowała o sobie „marksistowsko-leninowska" Partia Pracy Kurdystanu, która wkrótce stała się centrum przyciągania kurdyjskich radykalistów.

Nieco później powstała legalna kurdyjska opozycja. Należy powiedzieć, że po dziś dzień w istniejących realiach deklaracja ochrony interesów tej czy innej grupy etnicznej w Turcji jest prawnie niemożliwa. Jedność terytorialna i narodowa kraju pozostaje „słabym punktem” nie tylko oficjalnej ideologii, ale i masowej świadomości obywateli z czasów Traktatu Pokojowego w Sèvres (1920 r.), który położył kres istnieniu Imperium Osmańskiego. Tak więc legalne kurdyjskie partie pozycjonują się jako ogólnotureckie i wysuwają przede wszystkim, ogólnodemokratyczne żądania.

W 1989 r. powstała Ludowa Partia Pracy, zgodnie z programem to „partia robotników, bezrobotnych, rolników, urzędników, nauczycieli, demokratycznej, socjalno-demokratycznej i socjalistycznej inteligencji, rzemieślników, kupców, mas ludzkich, doświadczających przemocy i eksploatacji z strony wszystkich tych, którzy wspierają demokrację”. Partia wzywała do politycznego kompromisu w celu trwałego zaprzestania rozlewu krwi na wschodzie Turcji i deklarowała, że „rozwiązanie kurdyjskiego problemu za pomocą demokratycznych i pokojowych metod jest głównym narzędziem zapewnienia trwałej demokracji w kraju”. Drugie wydanie programu partyjnego zawierało bardziej ostre sformułowanie: „Wobec kurdyjskiego problemu Ludowa Partia Pracy do końca podtrzymuje zasadę prawa narodów do samookreślenia”. Za co została rozwiązana w 1993 r. z adnotacją „za wspieranie separatyzmu”.

Założona w tym samym roku Partia Demokracji proponowała rozwiązanie kurdyjskiego problemu „spokojnie i w sposób demokratyczny”. Dlatego jej działacze udali się na spotkanie z liderem Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) Abdullahem Öcalanem. Rozwiązanie partii, ogłoszonej „politycznym skrzydłem PKK", nie kazało na siebie długo czekać.

Dwa miesiące później powstała Partia Demokracji Ludowej, deklarująca te same cele i wysuwająca te same żądania, co jej poprzedniczki. Udział jej członków w protestach przeciwko aresztowaniu A. Öcalana sprawił, że rozwiązanie partii było nieuniknione. Doszło do niego w marcu 2003 r.

Już wcześniej, w 1997 r., jako „rezerwowa” została zarejestrowana Demokratyczna Partia Ludowa. Wkrótce spotkał ją los poprzedniczek.

Przełom XX i XXI wieku przeszedł w Turcji pod znakiem wejścia do Unii Europejskiej. Do porządku obrad rządu został włączony i wymagał natychmiastowego rozwiązania kurdyjski problem. W rezultacie został odwołany tryb sytuacji nadzwyczajnej w kurdyjskich rejonach, zagwarantowana ochrona przed torturami podczas przesłuchań, złagodzono ograniczenia wolności słowa i zgromadzeń. Kurdowie otrzymali możliwość legalnego używania języka ojczystego w życiu codziennym. Wielu miejscowościom przywrócono stare, kurdyjskie, nazwy, pojawiły się media, nadające w języku kurdyjskim. Jeśliby te reformy zostały zrealizowane na początku 1980 r., konflikty etniczne nie przybrałyby takiej ostrej formy jak teraz. Niestety jak na początek 2000 r. to było już za mało.

Partia Społeczeństwa Demokratycznego, którą stworzyli w 2005 r. po wyjściu z więzienia byli kurdyjscy parlamentarzyści, oświadczyła o konieczności wzmocnienia roli władz lokalnych w życiu politycznym kraju (tzw. „zasada demokratycznej autonomii”). W wyborach parlamentarnych w 2007 r. partia formalnie nie uczestniczyła, ale wysunęła kandydatów „niezależnych”, co pozwoliło jej obejść wymóg przekroczenia bariery 10% i wprowadzić do parlamentu 20 posłów, którzy natychmiast „wrócili” do partii i utworzyli frakcję parlamentarną. Wysunięte przez partię żądanie uwolnienia A. Öcalana wywołało oskarżenia o „powiązania z terrorystami” i rozwiązanie partii w 2009 r.

Szefowie lokalnych administracji i parlamentarzyści z Partii Społeczeństwa Demokratycznego przeszli do utworzonej rok wcześniej „Partii Pokoju i Demokracji”, w 2014 r. przekształconej w partię Demokratyczną Regionów, która w ciągu roku była na ustach całego kraju. Wówczas, w warunkach zbrojnego powstania Kurdów, na wschodzie i południowym wschodzie Turcji, szereg gmin, rządzonych przez członków partii, zerwał wszelkie kontakty z rządem centralnym, w rzeczywistości, ogłaszając niepodległość swoich wiosek i miast.

W 2013 r. powstała Partia Ludowo-Demokratyczna (HDP). Na spotkaniu z szefem rosyjskiego MSZ Siergiejem Ławrowem w Moskwie jej współprzewodniczący Selahattin Demirtaş tak określił swoją organizację: „Nasza partia walczy o ustanowienie w kraju pluralizmu demokratycznego, o budowę wolnego społeczeństwa, w którym mogą współistnieć wszystkie kultury, religie i tożsamości. Całkowicie opowiadamy się za pokojem w kraju i pokojem z naszymi sąsiadami i w regionie”.

Dużym sukcesem HDP był wynik czerwcowych wyborów parlamentarnych w 2015 r. Wtedy po raz pierwszy kurdyjska partia przekroczyła próg 10% (13%, lub 6,2 mln głosów) i otrzymała 80 miejsc w Wielkim Zgromadzeniu Narodowym, nie pozwalając rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, stworzyć rząd jednopartyjny. Zresztą, nasilenie działań wojennych na wschodzie i południowym wschodzie, a także kampania propagandowa partii rządzącej przeciwko HDP doprowadziły do względnej porażki na ponownych wyborach (1 stycznia 2015 r.) -  z trudem udało się pokonać 10% barierę. Po miesiącu S. Demirtaş w jednym z wystąpień publicznych nazwał walki na wschodzie kraju nie „operacją antyterrorystyczną”, jak nieoficjalnie mówiło się w Turcji, a „ludowym powstaniem". Sformułowanie zniechęciło do partii wielu zwolenników spośród etnicznych Turków i rozwiązało ręce władz. Rozpoczęły się prześladowania i aresztowania kierownictwa, trwające do dziś.

W ten sposób ciągłość, demonstrowana przez kurdyjskie partie, ich program oraz dobór członków, pozwala mówić właściwie o jednej legalnej partii politycznej tureckich Kurdów, która po kolejnym rozwiązaniu powstaje pod nową nazwą.

Przy tym obserwuje się przesunięcie „środka ciężkości” od wymagań ze sfery kulturowej i obywatelskiej w obszar polityki. W tym samym czasie władze, wydaje się, wolą nie zauważać tego, że kurdyjski problem dawno przekształcił się w polityczny i próbują go rozwiązać transformacjami w sferze kultury i praw ogólnodemokratycznych w połączeniu z siłowymi metodami „antyterrorystycznymi”. Prawdopodobnie w tym tkwi główna przyczyna tego, że dialog między władzami i kurdyjskimi politykami nie posuwa się do przodu.

Aktywizacja kurdyjskiego ruchu na przełomie ubiegłego i obecnego stulecia przyczyniła się do wzrostu aktywności społecznej i innych gmin w kraju. Dowództwo Abchaskiego Stowarzyszenia Kulturowego, działacze asyryjscy, Stowarzyszenie Anatolijskich Arabów zwrócili się do rządu z szeregiem ogólnodemokratycznych, a nawet politycznych żądań. Najgłośniej dają o sobie znać działacze alawickiej społeczności religijnej (religijnego nurtu, który wchłonął w siebie wiele elementów wschodniego chrześcijaństwa, zaratusztrianizmu, manicheizmu, czyli religii, rozpowszechnionych na Bliskim Wschodzie i w Azji Mniejszej do zatwierdzenia islamu).

Nie ma wiarygodnych danych na temat liczby zwolenników tych wyznań, szacunki wskazują na 9-12 mln osób. Tak duża liczba osób, uważających, że ogranicza się im prawa obywatelskie, bez wątpienia jest czynnikiem destabilizującym w wielonarodowym i wielowyznaniowym kraju. Do tego problem alawicki w Turcji jest ściśle powiązany z kurdyjskim – przypuszczalnie 20-25% tureckich Kurdów należy do tego wyznania.

Postrzeganie alawitów jako „wrogów wewnętrznych” i ich systematyczne prześladowania zaczęły się jeszcze w XVI wieku, wraz z zaostrzeniem konfliktu sunnickiego Imperium Osmańskiego z Safawidzkim Iranem (alawizm jest bliski szyizmowi). Najbardziej restrykcyjne środki karne w stosunku do ludności cywilnej, które przerodziły się w masowe morderstwa, zostały podjęte po zduszeniu powstania w Dersim (obecnie Tunçeli) w 1937-1938 r. W okresie powojennym niechęć do alawitów ewaluowała w pogromy i przede wszystkim – w krwawe wydarzenia w miastach Kahramanmaraş (1978 r.) i Sivas (1993 r.).

Gwałtowny proces urbanizacji, który rozpoczął się w połowie ubiegłego wieku wciągnął i setki tysięcy alawitów, którzy w poszukiwaniu lepszego życia zaczęli przenosić się do miast. W 1960 i 1970 r. w Turcji nastąpił szybki wzrost lewicowych ruchów politycznych, który przyciągnął w swoje szeregi wielu wyznawców tej religii, co pogłębiło niechęć do nich ze strony znacznej części ludności.

Za początek instytucjonalizacji ruchu alawickiego można uznać powstanie Związku Turystyki i Kultury im. Haji Bektash Veli (1964 r.). Natomiast po zamachu stanu w 1980 r. alawici zaczynają już wysuwać wymagania społeczne. W drugiej połowie 2000 r. władze w końcu zwróciły uwagę na społeczność alawicką. Względna porażka w wyborach 2007 r. zmusiła rządzącą AKP do wykazania zainteresowania potencjałem alawickiego elektoratu, dlatego oficjalnie przyznano istnienie w kraju „alawickiego problemu” i ogłoszono rozpoczęcie procesu jego rozwiązania. W latach 2009-2010 odbyła się nawet kilkudniowa konferencja z udziałem urzędników i kierowników alawickich organizacji pozarządowych. Na podstawie rezultatów spotkań rząd przygotował raport końcowy. Podstawowy wniosek, występujący w dokumencie, sprowadzał się do następującego: ponieważ alawici uważają, że są dyskryminowani i doświadczają odrzucenia ze strony państwa i społeczeństwa, rząd powinien podjąć działania mające na celu wyeliminowanie tego stanu rzeczy.

Trzeba przyznać, że tak naprawdę nic nie zrobiono.

Zainteresowanie będących u władzy alawitami zniknęło wraz z rehabilitacją AKP w wyborach parlamentarnych w 2011 roku. Zresztą, wybrany ponownie w tym samym roku na stanowisko prezydenta Recep Tayyip Erdogan publicznie przeprosił w imieniu państwa za masakrę w Dersim, przypuszczając, że alawici powinni zadowolić się tym krokiem.

Po względnej porażce w wyborach parlamentarnych w czerwcu 2015 r., partia władzy zrehabilitowała się na przedterminowych wyborach i utworzyła jednopartyjny gabinet ministrów. Przedstawiając posłom program swojego rządu, premier Ahmet Davutoğlu powiedział: „Zostaną spełnione podstawowe kulturowe wymagania naszych rodaków-alawitów odnośnie centrów nauki... Przyznajemy, że tradycyjne ośrodki naukowe i domy modlitewne posiadają status prawny”.

Wkrótce główne alawickie organizacje społeczne wystąpiły ze wspólnym oświadczeniem, w którym wyraziły zdziwienie z powodu tego, że rząd nie omawia z nimi swoich kroków i nie odpowiada nawet na zapytania w tej sprawie. W końcowej części oświadczenia zostały sformułowane wymagania społeczności alawickiej do władz: wykluczenie z programu nauczania obowiązkowego przedmiotu „sunnickiego”, zapewnienie domom modlitewnym statusu instytucji religijnych; zwrócenie alawickiej społeczności miejsca kultu; zaprzestanie praktyki segregacji wyznaniowej podczas ubiegania się o pracę, studia, itp.; zakończenie budowy meczetów w alawickich wsiach; zamknięcie Urzędu do spraw religii; zapewnienie prawdziwego obywatelskiego równouprawnienia, niezależnie od wyznania.

Brak rozwiązania alawickiego problemu może wywołać poważny konflikt społeczny w najbliższej przyszłości. Biorąc pod uwagę liczebność społeczeństwa alawickiego, można przypuszczać, że emocje wewnętrzne mogą spowodować bardzo negatywne konsekwencje dla Turcji. Nie należy zapominać, że z ośmiu zabitych podczas masowych zamieszek w Stambule w 2013 r. („ruch «Gezi»") siedmiu było alawitami, a w szeregach lewicowych organizacji ekstremistycznych w Turcji jest wielu przedstawicieli tego wyznania.

Choć raczej alawici będą dążyć do swoich celów w inny sposób: miliony ich głosów są w stanie znacznie zmienić rozkład sił politycznych w kraju. Tradycyjnie wolą ogólnoturecką Republikańską Partię Ludową, ale w ostatnich latach w środowisku alawickim coraz częściej słychać apele o stworzenie własnej, alawickiej partii.

Wymagania alawickiej społeczności póki co nie weszły na poziom polityczny, nadal leżą w sferze kultury i życia społecznego, i w celu złagodzenia napięć w zasadzie wystarczą zmiany o charakterze socjalnym. Ale problem polega na tym, że państwo, jakby nie słyszy swoich przeciwników. Inaczej nie proponowałoby takich „działań pokojowych”, jak umożliwienie wstępu alawitom do meczetów, do których oni nie chodzą, i przemianowanie „starszych” (przywódców religijnych) na urzędników, co nie jest zgodne z tradycyjnym statusem ostatnich.

 

Z początkiem wojny w Syrii i Iraku nadal nierozwiązany problem kurdyjski w dużym stopniu zaczął kreślić politykę zagraniczną Turcji. Do tego niepopularny w Ankarze syryjski reżim opiera się, między innymi na bliskiej alawitom (nusajryckiej) społeczności, co spowodowało zwiększenie „odgórnej” presji na tureckich alawitów i wzrost odrzucenia ze strony sunnickiego otoczenia. Dlatego nie można wykluczyć pojawienia się w Turcji jeszcze jednej społeczno-politycznej „linii rozłamu”. Z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami.

 

czwartek, 20 kwiecień 2017 16:25

O problemie praw człowieka w epoce globalizacji

Written by

 

Fenomen praw człowieka jest jednym z „wiecznych” zagadnień ludzkiej egzystencji, a to oznacza, że jest skazany na ciągłe bycie w centrum powszechnego dyskursu.

Do dziś przepisy o ochronie i poszanowaniu praw człowieka stały się integralną częścią prawa międzynarodowego (1). Niemniej jednak, proces transformacji ziemskiej cywilizacji w powiązany ze sobą globalny system na nowo potęguje spory o zdefiniowanie praw człowieka, uniwersalność wyobrażeń o prawach człowieka,  zakresie ich rozpowszechniania i relatywizmie kulturowym. Problemy te już od dawna stanowią jeden z kluczowych tematów do dyskusji na arenie międzynarodowej.

Przedstawiciele wielu państw wschodnich (Chiny, Indonezja, Syria, Pakistan i inne) propagują swoją, odmienną od zachodniej, koncepcję praw człowieka, której istota polega na: a) w interpretacji i stosowaniu praw człowieka należy wziąć pod uwagę specyfikę regionalną; b) prawa społeczne i ekonomiczne są priorytetowe w porównaniu do praw cywilnych i politycznych, a prawa ogółu - ponad indywidualnymi; c) tylko państwo ma wyłączne prawo do określenia statusu jednostki.

Szereg ekspertów, w tym zachodnich, również uważa, że występujące u wschodnich narodów obiektywne różnice w statusie prawnym jednostki, wyrażone poprzez różne wartości są główną przyczyną odrzucenia form i wartości Zachodu. Na Zachodzie stymuluje się subiektywno-organizacyjne intencje jednostki, podczas gdy w kulturach wschodnich jako podmiot działania najczęściej występuje cała grupa (która jest nośnikiem prawdziwych praw, człowiek natomiast posiada prawa, będąc częścią tej grupy). Jeszcze silniejsza zależność człowieka od swojej grupy społecznej występuje u narodów islamskich.

Należy przy tym przyznać, że teza o ludzkości, jako o jedynej społeczności połączonej wspólnymi zasadami jest uniwersalnym przesłaniem dla światowych religii. Jednak status jednostki w różnych religiach świata nie jest taki sam. Prawa człowieka są znane w prawie szariatu, jednak dominującą rolę w nim odgrywają obowiązki, które Allach nakłada na jednostki. Określenie statusu jednostki leży u podstaw różnic między kulturą zachodnio-chrześcijańską i konfucjańską. Pojedyncza osoba, na przykład w Chinach nie ma statusu, dającego jej prawo do występowania przeciwko rodzinie i relacjom społecznym, z którymi jest związany od urodzenia. I na odwrót, nowoczesny liberalizm zastępuje chrześcijańskie pojęcie uniwersalnego Boga pojęciem podstawowej i indywidualnej natury ludzkiej jako uniwersalnego fundamentu sprawiedliwości. W ten sposób liberalne prawa w zachodnim społeczeństwie dotyczą poszczególnych ludzi jako takich.

Innym ważnym powodem rosnącego sceptycyzmu względem uniwersalności rozumienia praw człowieka jest selektywne podejście do tej kwestii ze strony krajów ubiegających się o rolę mentorów światowej społeczności i przewodników „najbardziej zaawansowanych humanitarnych standardów”. Charakterystyczny przykład takiej „selekcji” - rezygnacja Stanów Zjednoczonych z anulowania kary śmierci w szeregu stanów.

W ciągu ostatnich 2-3 lat świat, zgodnie ze słowami Prezydenta Rosji W. Putina, był świadkiem „podwójnych standardów w ocenie zbrodni przeciwko ludności cywilnej” (na południowo-wschodniej Ukrainie, w Syrii, w Iraku), „łamaniu podstawowych praw człowieka do życia, nietykalności osobistej”.

Tymczasem pod przykrywką rozwiniętej w ostatnich dziesięcioleciach „wojny przeciwko terroryzmowi”, nawet w krajach tak zwanej „dojrzałej demokracji”, stają się rutynowymi zjawiskami - masowa inwigilacja, areszty bez sądu i śledztwa, tortury wobec podejrzanych o terroryzm. Coraz częściej praktykowanie pozasądowych egzekucji, niekontrolowane użycie samolotów bezzałogowych w stosunku do podejrzanych o terroryzm. Rośnie w siłę niepokojąca tendencja wzrostu zagrożenia wolności słowa i dostępu do informacji, nękania niewygodnych mediów i poszczególnych dziennikarzy, do zwiększenia kontroli i cenzury w komunikatorach internetowych.

Globalizacja zaostrza konkurencję między krajami. W takich warunkach odradzają się błędne praktyki z czasów „zimnej wojny”, kiedy granica między konstruktywną współpracą w dziedzinie ochrony praw człowieka i próbami użycia obrońców praw człowieka jako „pionków” w grach politycznych niekiedy okazuje się znikoma. Aktualnie w wielu przypadkach wyobrażenie o autonomii ruchów społecznych lub organizacji pozarządowych (ang. non-government organization, NGO) od rządów – to raczej iluzja, a kontakty między oficjalnymi kręgami i NGO są w rzeczywistości znacznie bliższe niż można by przypuszczać.

Generalnie, niespójność wpływu procesu globalizacji na sferę praw człowieka w dużej mierze wynika z jej niszczycielskiej natury, a także jej określonej monopolaryzacji ze strony krajów zachodnich. Dlatego zachodnia koncepcja praw człowieka, będąca z jednej strony, jednym ze źródeł i kluczowych elementów doktrynalnego wypełniania globalizacji, z drugiej – powoduje, bodajże najgwałtowniejsze odrzucenie ze strony przeciwników idei transformacji społeczno-ekonomicznych procesów na świecie poprzez narzucane z zewnątrz „szablony”.

 W rezultacie globalizacja przestaje być procesem jednokierunkowym.

Kolejne wysiłki, mające na celu niedopuszczenie do podważenia i erozji tradycyjnych wartości, wykształconych przez tysiąclecia ludzkiej cywilizacji w różnych państwach i społecznościach, coraz częściej dają o sobie znać w polityce i sferze ideologicznej i kulturowej. Zaistniała sytuacja wyraźnie wymaga poszukiwania kompromisów ze strony wszystkich uczestników tego procesu.

Federacja Rosyjska konsekwentnie broni punktu widzenia, zgodnie z którym zamiast abstrakcyjnej retoryki o „ochronie praw człowieka” powinna pojawić się systemowa praca społeczności międzynarodowej w zakresie edukacji, kultury, walki z nielegalną migracją, handlem ludźmi i terroryzmem. W tych warunkach trzeba z przykrością stwierdzić, że kryzys w sferze stosunków międzynarodowych fatalnie wpływa na najważniejsze międzynarodowe instytucje praw człowieka, które często okazują się być niezdolnymi do właściwej i skutecznej reakcji na masowe łamanie praw człowieka w różnych objętych konfliktami punktach świata. Pokonanie podobnych negatywnych trendów jest jednym z priorytetowych kierunków polityki zagranicznej państwa rosyjskiego.

W ten sposób ostatnie wyzwania dla instytucji broniących prawa człowieka - zagrożenia pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego, masowe łamanie praw człowieka, problemy międzynarodowych stosunków gospodarczych, ekologii, bezpieczeństwa żywności – powodują konieczność opracowania nowych metod, połączenia wysiłków krajowych i międzynarodowych, politycznych i instytucji broniących praw człowieka i wyprowadzenia ich na nowy poziom jakości.

Uwagi:

1. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka z 1948 r.; Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych oraz Międzynarodowy Pakt Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych z 1966 roku oraz dodatkowe aneksy do nich, przyjęte w kolejnych latach.

 

Koncepcja ta znalazła się również (w tej czy innej formie) i w konstytucjach zdecydowanej większości współczesnych państw, w tym i w Konstytucji Federacji Rosyjskiej z 1993 r. 

 

 

Pierwszym rezultatem referendum o niepodległości irackiego Kurdystanu było zajęcie spornych terytoriów i nawet części rejonu autonomicznego – przez będący pod kontrolą Iranu oddział Al-Haszd asz-Szabi i część irackiej armii. Przy czym główna kość niezgody - roponośny rejon Kirkuk - został opuszczony przez Kurdów bez walki. Starcia na linii styku trwały 11 dni, ponad sto tysięcy chrześcijan, jezydów i kurdów-sunnitów zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów  w obawie przed represjami.

Następnie premier Iraku Haider al-Abadi poinformował o wstrzymaniu działań wojennych na 24 godziny. Niemal natychmiast rozejm został przedłużony w trybie jednostronnym „do momentu osiągnięcia porozumienia” - nikt nie chce walczyć. Natomiast w Bagdadzie stwierdzono, że strony konfliktu utworzyły „komitet wojskowy w celu rozpoczęcia negocjacji politycznych” i że wkrótce rozpoczną się wypłaty pensji pracownikom (w tym i wojskowym!) irackiego Kurdystanu z budżetu centralnego.

W takich okolicznościach prezydent irackiego Kurdystanu Masud Barzani oświadczył o rezygnacji ze stanowiska, zdaniem wielu obserwatorów, starając podzielić się odpowiedzialnością za niepowodzenie projektu odzyskania niepodległości z innymi kurdyjskimi politykami, ogłaszając kapitulację Kirkuka „ciosem w plecy” i „wielką zdradą”. Jego egzaltowani zwolennicy zaatakowali parlament autonomii, protestując przeciwko kolaboracyjnej, ich zdaniem, pozycji opozycjonistów z Patriotycznej Unii Kurdystanu (PUK), partii islamska Komala i Goran, które Barzani właściwie oskarżył o zdradę „sprawy ogólnokurdyjskiej”. W niektórych rejonach siedziby tych organizacji zostały zniszczone i spalone.

Teraz wielu kurdyjskich aktywistów oskarża Barzaniego o pragnienie poprzez referendum przedłużenia okresu pobytu u władzy i zapisania swojego imienia w historii. I to pomimo faktu, że jeszcze w przeddzień głosowania prezydent irackiego Kurdystanu oświadczył, że ani on, ani jego bliscy nie będą uczestniczyć w kolejnych wyborach prezydenckich w listopadzie 2017 roku. Ale wiadomo, że na Wschodzie władzy się nie oddaje, władze się traci. Najprawdopodobniej Barzani liczył, że po udanym (co do sukcesu referendum nikt nie miał wątpliwości) referendum wdzięczni rodacy poproszą go, aby stanął na czele już niezależnego Kurdystanu. Wszystko skończyło się krajowym upokorzeniem i prawdopodobnie ostateczną utratą władzy. Barzani oczywiście pozostanie w historii kurdyjskiego ruchu narodowego, ale jak bardzo kontrowersyjna postać.

Dlaczego poniesiono klęskę? Prawdopodobnie Barzani zawarł pewne porozumienia zarówno z Bagdadem, jak i z aktorami z zewnątrz, ale układy nie pomogły. Warto zauważyć, że w sieciach społecznościowych teraz już były prezydent autonomii emocjonalnie wyraził zdziwienie, że USA wycofały się podczas natarcia irackich sił. Wygląda na to, że Stany Zjednoczone po prostu wystawiły Kurdów – swoich najbardziej skutecznych sojuszników z koalicji antyterrorystycznej. Nawiasem mówiąc, coś takiego zdarzyło się nie tak dawno temu na Kaukazie, w 2008 roku Saakaszwili najwyraźniej też liczył na wsparcie sojusznika zza oceanu.

Jeszcze z jednego powodu projekt niezależnego Kurdystanu poniósł fiasko, klan Barzaniego nigdy nie posiadał w autonomii pełni władzy. Przez wiele lat jego Demokratycznej Partii Kurdystanu (KDP) i w polityce, i na polu bitwy przeciwstawiała się Patriotyczna Unia Kurdystanu (PUK), której przewodził Dżalal Talabani, dosyć chłodno podchodzący do idei odzyskania suwerenności (w latach 2005 - 2014 Talabani pełnił nawet funkcję prezydenta Iraku). W przeszłości rozejm między dwoma grupami został zawarty dopiero w 1998 roku, przy aktywnym pośrednictwie USA, i tylko w 2006 roku dwa kurdyjskie rządy – w Irbilu i w Sulejmanie - połączyły się, choć rywalizacja między nimi nie zniknęła. Czym prawdopodobnie i zagrał Bagdad, zawierając z „talabanistami” sojusz: oddziały Peszmerga, stacjonujące w Kirkuku, podlegały właśnie Talabaniemu. Co prawda teraz już Pawłowi Talabaniemu, który zajął stanowisko zmarłego w tym czasie ojca.

Zdradziwszy „już nie tak potrzebnych” Kurdów, USA prawdopodobnie zaczną walkę o Irak z Iranem, którego wpływy w Bagdadzie i wśród irackich szyitów trudno przecenić. Szczególnie teraz, kiedy bojownicy Al-Haszd asz-Szabi faktycznie zachowali integralność terytorialną kraju. Jak zauważa szereg ekspertów, Amerykanie mogą postawić na militaryzację szyitów, ale jednocześnie na antyirański „Ruch Sadra" i na autorytet irackiego ajatollaha Ali Sistani, który cieszy się szacunkiem i w Bagdadzie, i w Irbilu.

Teheran pospieszył z ostrzeżeniem irackich władz odnośnie sojuszu z Waszyngtonem: Najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, poradził premierowi Iraku al-Abadiemu, aby ten nie polegał zbytnio na Waszyngtonie: „Nie ufaj Ameryce, to zaszkodzi Ci w przyszłości”.

Oczywiście, iracki Kurdystan czekają trudne czasy – i w stosunkach z Bagdadem, i w polityce wewnętrznej. Były konsul generalny republiki Turcji w Irbilu Aydin Selcen zakłada konfrontację wewnątrz klanu Barzaniego – między starszym synem i bratankiem Masuda Barzaniego - i nawet nie wyklucza wznowienia walk zbrojnych między KDP i PUK. Co byłoby tylko na rękę rządowi centralnemu Iraku.

Tak czy inaczej, wygląda na to, że do pojednania Bagdadu i Irbila jeszcze daleko. Oczywistym jest również to, że przywrócenie jedności Iraku teraz będzie jeszcze trudniejsze niż przed referendum. Nie zapominajmy, że 90% głosujących (czyli nie tylko zwolennicy Barzaniego) opowiedziało się za niepodległością kurdyjskiej autonomii. Całkiem możliwe, przypieczętowując tym samym brak możliwości powrotu do jednolitego kraju. Tak więc, ciąg dalszy nastąpi.

 

Moskwa poparła integralność terytorialną Iraku, wezwała strony konfliktu do rozwiązania sprzeczności w ramach obowiązującej konstytucji. Ostatnio jeszcze raz potwierdził to specjalny przedstawiciel Prezydenta Federacji Rosyjskiej ds. Bliskiego Wschodu i krajów Afryki Michaił Bogdanow na spotkaniu z szejkiem Al-Musilim, przedstawicielem samego Ali Sistaniego. Sam fakt negocjacji świadczy o tym, że Rosja rzeczywiście włącza się w proces pojednania międzyetnicznego. W przypadku jego pomyślnego rezultatu doświadczenie będzie można wykorzystać i w Syrii. W przypadku niepowodzenia – wyciągnąć odpowiednie wnioski. 

 

 

Ogłoszenie (z natychmiastowym wstrzymaniem „negocjacji”) niepodległości przez jeden z regionów autonomicznych Hiszpanii – Katalonii, wywołało burzliwe dyskusje ekspertów i polityków (katalońscy separatyści zaplanowali kluczowe posiedzenie w parlamencie na czwartek, 26 października, informuje AP, powołując się na przedstawiciela katalońskiej koalicji separatystycznej). newsru.com.

Pytanie – stare jak świat: jaki związek mają prawo narodu do samostanowienia i zasada nienaruszalności granic państwowych? I w jakim stopniu wydarzenia w Katalonii mogą rzutować na przyszłość całej Unii Europejskiej?

Wśród zwolenników eurointegracji zawsze popularną była idea, że jedno z najważniejszych strategicznych zadań Unii Europejskiej polega na przezwyciężeniu odziedziczonej po dawnych czasach tradycji europejskiego nacjonalizmu. Jednak reakcja UE na rozpad ZSRR i Jugosławii – praktycznie bezwarunkowe (a zdaniem krytyków nawet podburzane i zbyt pochopne) uznanie niepodległości większości (za wyjątkiem, co najwyżej Kosowa [i]) nowych organizmów państwowych, zrodziła u zwolenników regionalnych niepodległości wewnątrz „starych” członków UE wrażenie, że bezpośrednie członkostwo w UE stało się najlepszym sposobem na rozwiązanie wszystkich problemów, które nagromadziły się w stosunku do władz centralnych.

Taki punkt widzenia ma swoje przyczyny, o ile UE proponuje swoim członkom przestronny i pojemny rynek wewnętrzny, uczestnictwo w jednym z najbardziej wiodących bloków handlowych, gotowe instytucje do realizacji zadań wsparcia bezpieczeństwa wewnętrznego i obrony podstawowych interesów polityki zagranicznej.

Tak zewnętrznie korzystne warunki wstępne wyglądają bardzo kusząco dla wielu terytoriów wewnątrz UE, gdzie konfrontacja jest  „naprawdę ważna i historycznie uzasadniona". Flandria na północy Belgii; francuska Korsyka; Szkocja, Irlandia Północna i Walia; Południowy Tyrol, który znajduje się we Włoszech, przy granicy z Austrią — nie ma tam dosłownych nastrojów separatystycznych, ale jest historia, która może się obudzić; włoska Lombardia[ii]; i, oczywiście, Kraj Basków[iii].

Sceptycy mają wątpliwości co do trwałości strategii UE na dalsze pogłębienie integracji, wskazują, że Brexit będzie tylko pierwszym zwiastunem nieuchronnej transformacji UE w federację regionów. Wyjście z UE Wielkiej Brytanii jest obarczone bardzo prawdopodobnym oddzieleniem się od niej Szkocji, której przyjęcie do UE w trybie przyspieszonym (najsilniejsza i najbardziej „uwodzicielska” odpowiedź na „zdradę” Londynu), nada nowy potężny impuls do regionalizacji wielu państw członkowskich Unii. W rezultacie podział terytorialny („bałkanizacja”) UE rozpocznie się nie później niż w 2020 roku, kiedy dziesiątki subeuropejskich narodów będą wykorzystywać mechanizmy i instytucje Unii do samostanowienia i budowy własnej podmiotowości. Formalnie państwowej w formie i nieodzownie ogólnoeuropejskiej w rzeczywistości. Oprócz terytoriów wspomnianych we wcześniejszym akapicie taką drogę mogą potencjalnie wybrać Bretania, Alzacja, Fryzja – historyczny obwód na wybrzeżu Morza Północnego między Holandią i Danią, Galicja, Kornwalia i wyspa Man [iv].

Jako ważny czynnik na rzecz takiego rozwoju wydarzeń mogłoby nawet posłużyć i charakterystyczne dla wszystkich europejskich neoseparatystów bez wyjątku dążenie do opuszczenia tylko jurysdykcji swoich państw narodowych, ale w żadnym wypadku nie Unii Europejskiej. Tym samym, w istocie rzeczy, odwołują się oni do jednej z najbardziej perspektywicznych zdaniem wielu ekspertów koncepcji dalszego rozwoju Unii – jej całkowitej federalizacji. Eurbiurokratom będzie się trudno sprzeciwiać podobnym pomysłom, ponieważ o wiele łatwiej stworzyć pełnowartościowy rząd Europy, jeśli podmioty-członkowie stanowią konglomerat mniej więcej równych pod względem liczby ludności i potencjału gospodarczego organizmów państwowych, wśród których nie ma wyraźnych liderów i przegranych. Taki porządek rzeczy automatycznie wyprowadza na nowy jakościowo poziom znaczenie polityczne Komisji Europejskiej. Dlatego zwolennicy federalizacji Europy powinni aprobować osłabienie państw narodowych, które właśnie pozwoli na zrobienie kolejnego kroku w sprawie europejskiej integracji. (Przy tym w szczególnie niezręcznym położeniu są federaliści, zajmujący oficjalne stanowiska w instytucjach europejskich. Muszą publicznie bronić integralności terytorialnej Hiszpanii, choćby ze względu na zupełnie nieprzewidywalne geopolityczne skutki jej rozpadu.)

W ten sposób sama debata o przyszłości UE, zderzenie różnych podejść do nowego etapu w realizacji projektu zjednoczonej Europy, rodzą i nową falę separatystycznych mentalności. Casus Katalonii ujawnił sprzeczności między zwolennikami dalszej integracji UE na zasadach globalizacji i zwolennikami zachowania dużej autonomii politycznej suwerennych państw członkowskich. Dokąd należy dalej dążyć: do Europy narodów, Europy regionów czy do całkowitej federacji europejskiej?

Zamęt do sprawy wprowadzają i różnice w interpretacji norm prawa międzynarodowego. Nie przewidują one zwłaszcza możliwości oddzielenia się terytorium jakiegokolwiek państwa za wyjątkiem przypadków, gdy obie strony się na to zgadzają. Część populacji wewnątrz jednolitego narodowo państwa, nawet jeśli posiada ona określoną tożsamość narodową, z punktu widzenia prawa międzynarodowego nie jest narodem, który może powoływać się na prawo do samostanowienia, jak podkreślają prawnicy RFN. Więc zgodnie z prawem międzynarodowym oddzielnym narodem nie są i kosowscy Albańczycy[v].

Tym niemniej większość państw UE uznało Kosowo za niepodległe państwo. Jednak w przypadku Katalonii Komisja Europejska wolała zająć, według krytyków, stanowisko rażąco kontrastujące do jej podejścia w podobnych sytuacjach za granicą. Tymczasem, jak pokazuje doświadczenie historyczne, prędzej czy później, wspólnoty, motywowane poczuciem narodowej wyjątkowości, osiągają przewagę w walce (rywalizacji) z ograniczającym ich ambicje organizmem państwowym. Po czym prawo międzynarodowe, a także instytucje UE, pewnie dostosowują się do nowej rzeczywistości[vi]. Powstaje pytanie, jak długo Komisja Europejska i rządy krajowe będą w stanie przekonać siebie i innych, że zdanie co najmniej połowy Katalończyków trzeba zignorować?

Jednocześnie reakcja zarówno władz UE, jak i państw członkowskich na kryzys kataloński jest na dzień dzisiejszy najlepszym lekarstwem przeciwko „bałkanizacji”. Bierność europejskiego establishmentu – prawie całkowity brak jakiejkolwiek reakcji na prośby Barcelony o mediacje z zewnątrz, sprzyja przeciąganiu się nieokreśloności między Madrytem i władzami Katalonii. Koalicja polityczna na rzecz niepodległości ulega erozji, narastają w niej szybko ideologiczne i taktyczne sprzeczności. Tymczasem coraz większa liczba struktur handlowych z siedzibą w Katalonii, mówi o przeniesieniu swoich głównych siedzib i głównych przepływów finansowych za granice regionu, pozbawiając zwolenników niepodległości jednego z kluczowych filarów – finansowo-ekonomicznego.

Generalnie, według brytyjskiego The Economist potencjalni separatyści wewnątrz państw członkowskich UE nie mają na dziś żadnych podstaw, by sądzić, że Komisja Europejska byłaby gotowa poprzeć choć jedną taką inicjatywę. Myśl tę rozwija francuska Le Monde: „Dla każdego państwa członkowskiego zainteresowanie projektem europejskim jest zrozumiałe: z Unią Europejską, państwa narodowe zgodziły się zrezygnować z części swojej suwerenności w zamian za ogólny dobrobyt i stabilność, w tym stabilność ustalonych granic, jednocześnie z ich faktyczną likwidacją" – głosi artykuł. „Jeśli Europa nie będzie mogła zagwarantować stabilności granic państw członkowskich (co jest pierwszym zewnętrznym symptomem suwerenności), to utracą one zainteresowanie bycia częścią całości. Bez gwarancji statusu ich granic znowu przywrócą swoją suwerenność i będzie to koniec projektu europejskiego.” [vii].

Możliwe oddzielenie się jakichkolwiek terytoriów od krajów członkowskich Unii jest wątpliwe również z punktu widzenia prawa Unii Europejskiej. Zgodnie z artykułem 4 Traktatu o UE, „Unia szanuje podstawowe funkcje państwa, zwłaszcza te, które mają na celu zapewnienie jego integralności terytorialnej”. Nie zważając na cały „pragmatyzm i dynamizm” UE, który już demonstrował sztukę „przystosowywania się do rzeczywistości”, w Brukseli wielokrotnie wskazywano na to, że w przypadku odłączenia się od Hiszpanii Katalonia nie stanie się automatycznie członkiem Unii Europejskiej. „Katalonia nie może stać się członkiem Unii Europejskiej następnego ranka zaraz po głosowaniu” – oświadczył przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Podkreślił, że w przypadku ogłoszenia niepodległości Katalonia będzie musiała złożyć wniosek o członkostwo w UE. Trudno sobie wyobrazić, że jakiemukolwiek innemu regionowi w zjednoczonej  Europie, który próbował ogłosić się suwerennym państwem, uda się w takich warunkach zachować euro jako walutę czy dostęp do rynku wewnętrznego UE. Przy tym, aby zablokować wejście organizmu separatystycznego do Unii Europejskiej wystarczy, jeśli przeciwko wypowie się chociażby jeden z wchodzących w jej skład krajów. Nie ma żadnych wątpliwości, co do tego, że państwo – „ofiara” separatyzmu właśnie tak zagłosuje. W przypadku Katalonii do Hiszpanii mogą dołączyć i inne państwa, które obawiają się, że przypadek hiszpańskiego regionu stworzy precedens [viii].

Czy zewnętrzne mocarstwa są w stanie znacząco wpłynąć na nastroje separatystyczne wewnątrz państw UE? Samo istnienie Unii Europejskiej jest najlepszą gwarancją integralności terytorialnej jego członków, zapewnia The Economist. Ale bardziej prawdopodobnym wydaje się być scenariusz, który jest możliwy w przypadku niepowodzenia deklarowanej reformy Unii: rozwarstwienie UE na makroregiony „różnych prędkości” lub o zróżnicowanej polityce zagranicznej i orientacji gospodarki światowej, składające się z kilku państw o podobnych zainteresowaniach. O obawach tego rodzaju, narastających w państwach Europy Zachodniej, autor już pisał, analizując gwałtowny wzrost wpływu Chin w wielu krajach Europy Środkowej i Wschodniej.

Jak Rosja powinna reagować na żądania niezależności ze strony tych czy innych terytoriów i narodów? Nawet idealiści, wzywający do działania, „nie kierując się" wysokimi zasadami ochrony prawa narodów do decydowania o swoim losie, dochodzą w końcu do wniosku, że celowym jest podejmowanie takich decyzji na podstawie pragmatyzmu interesów narodowych. „Wspierać czy nie wspierać tych, którzy opowiadają się z pozycji samostanowienia aż do oddzielenia od swoich dzisiejszych państw? Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie nie istnieje. Jeśli okoliczności świadczą na korzyść takiego wsparcia, wspierać. Gdy zaś okoliczności wskazują inaczej, wykazać powściągliwość"[ix].

[i] Spośród 28 członków UE niepodległość Kosowa do dziś uznały 23 państwa. Nie uznały: Hiszpania, Słowacja, Cypr, Rumunia i Grecja.

[ii] 22 października 2017 roku dwa najbogatsze północne regiony we Włoszech – Lombardia i Wenecja Euganejska przeprowadziły referenda wśród swoich mieszkańców na temat rozszerzenia autonomii. Jak informuje BBC, referendum w sprawie autonomii jest całkowicie legalne we Włoszech. Zgodnie z artykułem 116 włoskiej konstytucji regiony mogą żądać od Rzymu większej autonomii. Zresztą o niepodległości regionów od Włoszech nie ma mowy, o ile referenda mają charakter konsultacyjny -  tzn. nie są wiążące dla władz kraju. Jednak ich pozytywne wyniki pozwolą lokalnym władzom domagać się większej samodzielności, przede wszystkim finansowej.

[iii] http://www.globalaffairs.ru/redcol/Chto-budet-esli-Kataloniya-provozglasit-nezavisimost-19059

[iv] https://fbreporter.org/2017/10/06/are-you-trying-to-usa-balkanization-of-europe/

[v] http://p.dw.com/p/2lbKn?tw  (Deutsche Welle)

[vi] http://www.eurocontinent.eu/2017/10/catalonia-the-geopolitical-challenges-for-eu/

[vii] https://www.inopressa.ru/article/11Oct2017/lemonde/balkanisation.html

[viii] http://p.dw.com/p/2lbKn?tw  (Deutsche Welle)

 

[ix] https://regnum.ru/news/polit/2332725.html

 

Strona 1 z 2