InterAffairs

Cz11232017

Last update09:48:30 AM

RUS ENG FR DE PL ESP PT ZH AR

Font Size

SCREEN

Profile

Layout

Menu Style

Cpanel
wtorek, 11 luty 2014 19:49

Świat i stosunki międzynarodowe dziś: nowe oraz dobrze zapomniane stare

Written by 
Rate this item
(0 votes)

Obecnie, gdy zbliża się ku końcowi piąty rok globalnego kryzysu finansowego i gospodarczego, nikt nie ma cienia wątpliwości, iż świat wkroczył w okres radykalnej transformacji. Do kryzysu społeczeństwa radzieckiego i socjalistycznego systemu organizacji społecznej, który doprowadził do zakończenia zimnej wojny na przełomie lat 1980-1990, doszedł obecnie kryzys społeczeństwa zachodniego, w tym liberalnej gospodarki oraz demokracji reprezentacyjnej. W ten sposób systemowe zaburzenia w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej – a właśnie te dwa modele wyczerpywały zbiorowe doświadczenie rozwoju społecznego w obszarze cywilizacji europejskiej oraz zapewniały w ramach dwubiegunowości jej dominację w globalnej gospodarce, polityce i finansach – stały się kluczowymi elementami kryzysu ogólnoświatowego. W istocie zakończył się w ten sposób długi cykl rozwoju historycznego, rozpoczęty katastrofą I wojny światowej. I tak samo jak XX wiek ma swój początek w roku 1914, możemy założyć, iż początków wieku XXI należy szukać w roku 2008, kiedy to rozpoczął się kryzys.

Nie można jednak dwa razy wejść do tej samej rzeki. Jeżeli polityka światowa oraz eksperymenty z modelami rozwoju ekonomicznego i ustroju społecznego w XX wieku zamykały się w ramach cywilizacji europejskiej, to teraz społeczność euroatlantycka po raz pierwszy w ciągu ostatnich dwóch lub trzech wieków stanęła w obliczu prawdziwej globalnej konkurencji ze strony innych regionów świata, ich kultur oraz cywilizacji. Jest to najistotniejszy element, który wyróżnia obecny etap rozwoju świata. Charakteryzuje się on pluralizmem, wykraczającym poza ramy doświadczenia historycznego Europy a także szerszą konkurencją modeli rozwoju oraz systemów wartości. W swoim artykule „Konsensus postwaszyngtoński” (czasopismo „Foreing Affairs”, numer marcowo-kwietniowy 2011), N. Berdsell oraz F. Fukuyama piszą o tym, ze „siła intelektualna” coraz bardziej równomiernie rozkłada się w świecie, kiedy kryzys „poddaje osądowi każdy model rozwoju”, a „demokracje zachodnie uświadomiły sobie ryzyko przesadnego polegania na sterowanej przez rynek globalizacji”.

Jednocześnie historia Europy, jej modus operandi wciąż pozostają na poziomie utartych kategorii myślowych, wykorzystywanych w analizie tego, co dzieje się na świecie oraz w tworzeniu prognoz na przyszłość. Rzecz dotyczy nie tylko ściśle ideologicznych dyskusji na linii kapitalizm – komunizm z okresu zimnej wojny, ale również aparatu pojęciowego oraz metod społecznej transformacji wcześniejszego okresu, łącznie z Reformacją, Oświeceniem, Rewolucją, rewolucją przemysłową, kategorii takich jak umowa społeczna, postęp oraz przemoc, również jako środek rozwiązywania konfliktów międzypaństwowych. Patrząc na to dziedzictwo historyczne Europy, trudno powiedzieć, która z jego części przeważa – negatywna czy pozytywna. Do negatywnej należą dwie wojny światowe, imperializm, kolonializm, zimna wojna, konflikty zbrojne na peryferiach, problemy środowiska, militaryzacja rozwoju gospodarczego oraz naukowo-technologicznego, a także stosunków międzynarodowych. Pozytywy wiążą się z tym, co można określić jako społeczne wykorzystanie postępu naukowo-technologicznego, rozszerzenie obszaru wolności poprzez zapewnienie „zgodności demokracji i kapitalizmu”, jak również wypracowanie stabilnego modelu rozwoju społecznego w formie społecznie zorientowanej gospodarki oraz demokracji reprezentaсyjnej opartej na licznej klasie średniej oraz trwałym poziomie nierówności społecznych.

Oczywiście do pozytywów należy zaliczyć również fakt, iż odstraszanie nuklearne, ze wszystkimi jego zagrożeniami, zapewniało pokój, stabilność oraz przewidywalność wśród państw wiodących na świecie. Trzecia wojna światowa była rzeczywistością wirtualną która nie wyszła poza strategiczne planowanie wojskowe. Wraz z zakończeniem zimnej wojny praktycznie zniknęły powody dla zagrożenia globalną wojną w ogóle. Być może możemy to przypisać powolnej implozji transformacyjnej cywilizacji europejskiej, której etapem końcowym zdaje się być obecny kryzys.

Warto zauważyć, że kształtowanie się jego przesłanek zbiegło się w czasie po obu stronach „żelaznej kurtyny”. Z jednej strony, była to niezrealizowana reforma Aleksieja Kosygina, z drugiej – napięcia związane z wojną we Wietnamie, która doprowadziła do rezygnacji ze „złotego standardu” w Stanach Zjednoczonych i radykalnej przebudowy systemu z Bretton Woods. Ogólnym powodem mogło być wyczerpanie poprzedniej podstawy technologicznej kolejnego „dużego cyklu” rozwoju gospodarczego oraz niezdolność, a raczej brak woli politycznej do trzeźwej analizy sytuacji. W Związku Radzieckim to znalazło swój wyraz w przejawach „zastoju”, na Zachodzie zaś w tworzeniu sztucznych źródeł wzrostu w sektorze finansowym, tak zwanej alchemii finansów (Joseph Stiglitz), co było możliwe dzięki jego deregulacji na początku lat 1980. Nic dziwnego, że początek erozji klasy średniej w społeczeństwie zachodnim (jeden z objawów – brak gwarancji pracy w zawodzie dla absolwentów szkół wyższych) przypada na ten właśnie okres. Prawdopodobnie była to również forma „zastoju” oraz „zamiatanie pod dywan” tych zjawisk, które nasiliły się po zakończeniu zimnej wojny, upadku ZSRR oraz w konsekwencji euforii w duchu ‘końca historii”.

Można powiedzieć, że swoje zasoby, w tym jako źródło wzrostu gospodarczego oraz postępu naukowego i technologicznego, wyczerpała militaryzacja – trend, który sięga konieczności wyjścia z wielkiego kryzysu lat 30-tych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych i Europie, a w Japonii – dziesięć lat wcześniej.

Jest to jedna z charakterystyk współczesnego świata. Nie jestem pewny, czy ogólnie sfera bezpieczeństwa, tworzenie tak zwanego „państwa narodowego bezpieczeństwa”, czy też, jak to się mówi w związku ze „sprawą Snowdena”, „państwa wywiadu” może stanowić rozwiązanie problemu wyjścia z obecnego kryzysu. Można chyba mówić również i o tym, że najpierw w ZSRR, a później na Zachodzie wyczerpał się społeczno-kulturowy układ konsumencki, który istniał przez długi czas mimo tego, że jak głosi Ewangelia, „nie samym chlebem człowiek żyje”. Właściwie, taki rozwój wypadków dla całej cywilizacji europejskiej, w tym ZSRR, przewidywał w latach 1960 Pitirim Sorokin. Kiedy przepowiednia się spełnia, trudno uciec przed wnioskiem, że jesteśmy świadkami fundamentalnej transformacji, wykluczającej możliwość powrotu do poprzedniego stanu rzeczy.

Nastąpiła geopolityczna „kompresja” Rosji, USA, Zachodu, całego Starego Kontynentu. Dlatego trudno się nie zgodzić z honorowym przewodniczącym Prezydium Rady do spraw polityki zagranicznej i obrony (SWOP) Sergiejem Karaganowem, że przechodzimy okres „polityki stanu zrównoważonego”. Wszystkie procesy rozwoju międzynarodowego doznały potężnego przyspieszenia – myśl oraz polityka za nimi po prostu nie nadążają. Można przypuszczać, że jest to wspólna cecha każdej „gry końcowej”, co zostało odnotowane w analizie obecnego etapu rozwoju światowego, zawartej w Koncepcji Polityki Zagranicznej Federacji Rosyjskiej (zatwierdzonej przez prezydenta Władimira Putina w lutym 2013 r.).

Problemy rozwoju wysuwają się na pierwszy plan we wszystkich krajach na świecie, być może, w obszarze euroatlantyckim w większym stopniu niż gdzie indziej, jeśli uwzględnić, że źródła wzrostu gospodarczego w obecnych warunkach znajdują się zwykle poza granicami Starego Kontynentu. Zrozumienie tego faktu rośnie w miarę kumulacji konsekwencji długotrwałego kryzysu. Odważną próbę „skoku w przyszłość” stanowił projekt „Koncepcji strategii narodowej” przedstawiony w kwietniu 2011 roku przez dwóch amerykańskich wojskowych – W. Portera i M. Mykleby’ego. Został on umieszczony w Internecie z przedmową A. Slaughter, wcześniej zajmującej stanowisko dyrektora do spraw planowania polityki w Departamencie Stanu USA. Sens zaproponowanej koncepcji sprowadza się do tego, aby odnowić źródła międzynarodowych wpływów Ameryki, mając na uwadze priorytetowe znaczenie zapewnienia stabilności wewnętrznego rozwoju kraju we wszystkich jego dziedzinach. Sądząc po niektórych relacjach, ta akcja amerykańskich wojskowych miała szansę powodzenia jako próba rewizji narodowej strategii bezpieczeństwa USA, zakorzenionej w realiach zimnej wojny i jej przestarzałej ideologii. Ostatnio często jest cytowany Św. Augustyn, który prosił Boga o „czystość, ale jeszcze nie teraz.” Wydaje się, że na razie to można odnieść do usiłowania sformułowania celów i założeń narodowej strategii Stanów Zjednoczonych w nie-ideologicznej kategorii „developmentalizmu”. Możliwe, że książka przewodniczącego nowojorskiej Rady Stosunków Międzynarodowych Richarda Haasa Polityka zagraniczna zaczyna się w domu ... będzie miała więcej szans na sukces.

Dla Rosji, która dzięki okolicznościom znacznie wcześniej zeszła na grzeszną ziemię, przejście tej drogi było, rzecz jasna, znacznie łatwiejsze. Gdy tylko stało się możliwe wyobrażenie dalszej drogi rozwoju kraju, a było to około 2000 roku, kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze zasadnicze dokumenty doktrynalne, wyciągnięto fundamentalny wniosek dotyczący głównego celu polityki zagranicznej – tworzenia sprzyjających warunków zewnętrznych dla rozwoju wewnętrznego. Do tego sprowadza się cała filozofia rosyjskiej dyplomacji, jeśli próbować ją ująć w jednym zdaniu. Ruch naszych partnerów w tym samym kierunku wskazuje na ukrytą konwergencję na poziomie światopoglądowym.

Jeżeli patrzeć szerzej, to ogólnie występuje poszukiwanie rozwiązań problemów rozwoju społecznego w obszarze euroatlantyckim, drogą konwergencji i syntezy. Obiektywnie, stwarza to warunki do przezwyciężenia intelektualnej zaściankowości z czasów zimnej wojny i tworzenia odpowiedniego wymiaru odnowionej jedności cywilizacji europejskiej reprezentowanej – wraz z Europą – przez Amerykę Północną i kraje byłego Związku Radzieckiego.

W XX wieku w ramach cywilizacji europejskiej miały już miejsce chwile konwergencji między Zachodem i Wschodem. Tak było w latach 1930 w wyniku Wielkiego Kryzysu. Tak było w okresie powojennym, kiedy „uspołecznienie” gospodarki krajów Europy Zachodniej stało się bezpośrednią reakcją na „wyzwanie Związku Radzieckiego.” Później nastąpiło odprężenie oraz powiązana z nim intensyfikacja współpracy handlowej i gospodarczej w strefie euroatlantyckiej. Zostały sformułowane ogólne zasady polityki europejskiej, co znalazło odzwierciedlenie w Akcie Końcowym z Helsinek. Ogólnie został ukształtowany stabilny, zorientowany społecznie model rozwoju gospodarczego. Ten właśnie model jest wpisany w Konstytucję nowoczesnej Rosji. To wyjaśnia całą politykę społeczno-gospodarczą rządu rosyjskiego. W ciągu ostatnich 20 lat, Rosja realizuje konsekwentną politykę integracji z gospodarką światową. Staliśmy się członkiem WTO, dążymy do przystąpienia do OECD. Jako członek „dwudziestki”, razem z naszymi partnerami szukamy sposobów przezwyciężenia kryzysu i przywrócenia stabilności gospodarek światowej i krajowych. Można przypuszczać, że wiele w polityce światowej stanie się jasne dopiero wtedy, gdy obecny kryzys zostanie przezwyciężony. Będzie to rodzaj postkryzysowego ładu światowego.

Prawdopodobnie trzeba będzie wyciągnąć wnioski z tego, co działo się w sektorze finansowym w ciągu ostatnich 30 lat, kiedy to tworzono sztuczne źródła wzrostu, które zniekształcały ogólny obraz gospodarki, w tym statystyki. Przerośnięty sektor finansowy zaczął pracować sam na siebie, nie obsługując już realnej gospodarki i nie pomagając w tworzeniu miejsc pracy w krajach eksportu kapitału. Działalność ta doprowadziła do coraz większego rozdźwięku między dochodami kapitałowymi i dochodami z pracy, co z kolei miało destrukcyjne konsekwencje dla klasy średniej, na której opierał się polityczny system demokracji reprezentacyjnej. Mogłoby chodzić o zmianę paradygmatu rozwoju gospodarczego, z naciskiem na jego cechy jakościowe, zgodnie z wymogami obecnego stanu społeczeństwa, łącznie z czynnikiem demograficznym. Czy możliwe jest, jak w przypadku rozbrojenia, jakościowo wzmacniać gospodarkę przy jednoczesnej jej redukcji ilościowej? Będzie to wymagało rozwiązania problemu, który Martin Wolf, wiodący analityk ekonomiczny „Financial Times”, nazwał „wrodzoną skłonnością do renty”, która, należy zauważyć, jest pobierana również w formie wypłat prowadzących do wzrostu zadłużenia państwa. O rencie pisze się coraz częściej, w tym w związku z takimi kwestiami, jak zmniejszenie mobilności i możliwości awansu społecznego, konflikt pokoleń, całkowita utrata perspektywy historycznej. Francja czasów Belle Epoque stanowi przykład państwa-rentiera. Czyżby to doświadczenie zapomnienia interesów własnego rozwoju (skoro można „odcinać kupony”!) odtwarzało się grupowo na całym historycznym Zachodzie? W ten sposób nigdy nie udawało się odciąć się od rzeczywistości – przypomniała ona o sobie poprzez I wojnę światową. Dlatego, aby myśleć dalej o problemach dnia dzisiejszego ważne jest zrozumienie stanu europejskiego społeczeństwa i błędów polityki europejskiej tamtych czasów.

Ciekawym elementem wspólności między Rosją i Wielką Brytanią jest częste używanie wyrazu „jubileusz”. W przypadku Brytyjczyków, być może wpływają na to tradycje długiego panowania królowej Wiktorii. Co ciekawsze, w kontekście obecnego kryzysu, pojawiają się materiały, w których termin ten jest używany w swoim znaczeniu oryginalnym, starotestamentowym. Wskazuje się na analogie z tym, że wysoki poziom zadłużenia, choć nie tak jak niewolnictwo, to jednak istotnie ogranicza wolność człowieka. Sądząc po krajach leżących na śródziemnomorskich peryferiach strefy euro, ciężar zadłużenia ponad siłę, zwłaszcza długu państwowego, wprowadza dalece nietrywialne ograniczenia suwerenności niepodległych państw. A jeśli za punkt odniesienia przyjąć rok 1971, kiedy to rozpoczęło się życie na kredyt, jesteśmy już blisko 50-letniej rocznicy.

Co się tyczy nowych technologii, które mogą stanowić podstawę następnego wielkiego cyklu globalnego rozwoju gospodarczego, to trzeba tu stwierdzić całkowitą nieprzewidywalność. Jak pisze w swojej książce Doing Capitalism in the Innovation Economy angloamerykański ekspert William Janeway, nie da się przewidzieć, kiedy pojawi się technologia, która mogła by zostać przedmiotem masowej komercjalizacji z tworzeniem odpowiednich przedsiębiorstw produkcyjnych i miejsc pracy. Na przykład, technologie informacyjne i komputeryzacja wraz z telefonią komórkową, znacząco zmieniły życie codzienne. Jeśli zaś chodzi o gospodarkę, to owszem, wprowadziły one zasadnicze zmiany w charakterze pracy, ale nie wiązało się to z utworzeniem wystarczającej liczby miejsc pracy, które mogłyby zrekompensować jej spadek z tytułu outsourcingu tradycyjnych sektorów gospodarki w innych regionach świata.

W ten sposób, można sądzić że mamy do czynienia ze swego rodzaju regresem lub przerwą w rozwoju. Powstaje pytanie, w jaki sposób tą przerwę wypełnić, skoro życie toczy się dalej. Być może, inwestowaniem w kapitał ludzki, który ostatecznie będzie w stanie rozwiązać problem rozwoju ludzkości w przyszłości. Oznacza to, że przewaga będzie po stronie tych państw, które potrafią stworzyć najlepsze warunki do samorealizacji jednostki, co oznacza przede wszystkim inwestycje w służbę zdrowia, edukację i kulturę, a także w infrastrukturę, w tym transportu, energii i zapewne w rolnictwo. Rosnąca rola tego ostatniego w gospodarce może służyć jako wskaźnik powrotu – po „nierządzie” finansowym – do źródeł ludzkiego istnienia. W tym kontekście niewątpliwie interesujący jest materiał analityczny Georga Friedmana, założyciela i prezesa Stratfor (styczeń 2013 r.), w którym rozważa on problem powstania i upadku klasy średniej w Ameryce. W szczególności autor zwraca uwagę, że stworzenie licznej klasy średniej stało się skutkiem ubocznym powojennych rozwiązań, w tym świadczeń dla zdemobilizowanych członków sił zbrojnych. Nie chodziło w nich o przemyślaną strategię zapewnienia stabilności społeczno-gospodarczego i politycznego rozwoju kraju. Daje to do myślenia, zwłaszcza że teraz, w czasach kryzysu, byłoby szczytem nierozwagi polegać na przypadku. Doświadczenie ostatnich trzech stuleci powinno posłużyć za wystarczający materiał do trzeźwej analizy problemów i wypracowania ich rozwiązań dla dobra całego społeczeństwa.

Stało się banałem mówienie o fundamentalnych zmianach w geopolitycznym krajobrazie współczesnego świata. To nic innego jak „rozproszenie” siły, wpływów i dobrobytu, ożywienie w całym szeregu krajów, przede wszystkim BRICS, ale także w mocarstwach regionalnych, takich jak Indonezja, Turcja i Meksyk, zaliczanych do kategorii „nowych dynamicznych gospodarek”. Dzięki kryzysowi, nowy oddech i jakość (spotkania przywódców politycznych) uzyskała „wielka dwudziestka”. Jest to krąg wiodących w świecie państw, bez których już nie da się rozwiązać problemów globalnej polityki, ekonomii i finansów. Podobne odczucia pojawiają się w związku z działalnością węższych grup, powiedzmy, „ósemki” która zachowuje znaczenie jako platforma dla harmonizacji i koordynacji podejść krajów w niej uczestniczących, ale do rozwiązania konkretnych problemów wymagane jest już szersze grono partnerów.

I, oczywiście, nie może być mowy o zmianie ustawowych uprawnień Rady Bezpieczeństwa ONZ, która w swoim czasie była pomyślana, w szczególności uwzględniając skład jej stałych członków oraz zasadę ich jednomyślności, jako organ regulacyjny dla policentrycznego porządku świata. Niestety, na tle wszystkich ponurych prognoz co do sytuacji na świecie, niewiele osób dostrzega tę pozytywną rzeczywistość. ONZ zyskała na znaczeniu w zwalczaniu nastrojów w duchu „koniec historii”. Mowa tu przede wszystkim o podstawowych ramach prawnych zarządzania globalnego. Próby negowania tej rzeczywistości są podejmowane pod pretekstem pewnego „uregulowania” na podstawie wyników zimnej wojny. Ale, jak wiemy, takie uregulowanie w formie pisemnej nigdy nie istniało, a szereg słownych zobowiązań w stosunku do Rosji, w tym do nierozszerzania NATO na Wschód, zostało złamanych przez naszych zachodnich partnerów. W każdym razie, tego uregulowania nie można porównywać z oświeconym podejściem do Francji po klęsce Napoleona. Wtedy, jak to zostało określone przez Talleyranda, Francja została „uwolniona” od „osobistych” nabytków terytorialnych cesarza. Poza tym Francja dołączyła na równych z innymi prawach do grona państw decydujących o porządku w Europie. Rosja sama uwolniła się od ideologicznego dziedzictwa zimnej wojny, i wraz z nim od dominacji w Europie Wschodniej. Nie doszło niestety do stworzenia „koncertu” Euro-Atlantyckiego z Rosją na zasadach równości. Ani OBWE, z racji swojego instytucjonalnego niedorozwoju, ani inne struktury europejskie nie rozwiązują tego problemu. Właściwie, stąd idea Traktatu o bezpieczeństwie europejskim, którego celem byłoby przynajmniej rozpoczęcie rozwiązywania problemu przywrócenia jedności politycznej w regionie, a tym samym zmniejszenia obciążenia finansowego budżetu poprzez zmniejszenie wydatków na obronę. W istocie rzeczy wracamy do wypróbowanego już w historii na przykładzie Europy „koncertu mocarstw”, który zapewniał pokój w Europie w okresie pomiędzy Kongresem Wiedeńskim a wojną krymską. Kiedy ten porządek polityczny w Europie upadał pod hasłem wschodniej sprawy, mało kto myśłał o konsekwencjach. Górę brały uprzedzenia i instynkty elit politycznych, które sprzeciwiały się jakiejkolwiek racjonalnej analizie. Zdaniem Brytyjskiego historyka Orlanda Figesa, „niepotrzebna” wojna na Krymie, z perspektywy czasu, stała się pierwszą wojną totalną – pojęcie, kojarzone dotychczas z wojnami burskimi i z I wojną światową. Ona też uruchomiła zaklęty krąg upokorzeń i aneksji wobec pokonanych, radykalnie zmieniając atmosferę w polityce europejskiej, z której zniknęło pojęcie uprzejmości. Odwróceniu tej tendencji nie pomogły nawet zwołane z inicjatywy Rosji dwie konferencje pokojowe w Hadze. 200 lat po Kongresie Wiedeńskim, Europa i świat, nauczone gorzkim doświadczeniem historycznym, dochodzą do wniosku, że nie istnieje alternatywa dla znalezienia porozumienia oraz rozwiązania problemów drogą negocjacji na podstawie prawa międzynarodowego, wspólnego zarządzania globalnego.

Należy zauważyć, że likwidacja „hamulców” konfrontacji nuklearnej w związku z zakończeniem zimnej wojny doprowadziła do obniżenia progu użycia siły wojskowej w różnych wariantach, zarówno jednostronnie, jak to miało miejsce w Iraku, a potem w Libii, czy na podstawie mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ – w Afganistanie. To doświadczenie z ostatnich 20 lat doprowadziło donikąd na przykładzie Syrii, gdy mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ jest wykluczony, a jednostronna interwencja wojskowa wiąże się z niezwykle wysoką ceną, obejmującą koszty ściśle wojskowe, wpływ na własną gospodarkę i finanse, utratę wizerunku i wiele innych. Praktyka potwierdza tę prawdę, iż żadne sytuację, łącznie z konfliktami, nie podlegają odtworzeniu i, jak w sklepie, nie ma nic za darmo. Zawsze istnieją specyficzne okoliczności. Zużywają się również niezbędne do tego zasoby, w tym polityczne. Wojny w Iraku i Afganistanie udowadniają nieskuteczność wszelakich prób jednostronnego a tym bardziej siłowego rozwiązywania współczesnych problemów międzynarodowych. Te wojny, jak w swoim czasie wojna we Wietnamie, z pozoru odtwarzały logikę zbiorowych wysiłków sojuszników w II wojnie światowej, w tym odbudowę Niemiec i Japonii w warunkach długotrwałej okupacji. Nie brano pod uwagę szczególnych okoliczności w pozostałych regionach, kompletnego braku gotowości do podejmowania długoterminowych kompleksowych zobowiązań podobnych między innymi do tych, które zostały podjęte przez Stany Zjednoczone w stosunku do Korei Południowej i Tajwanu oraz przez ZSRR w stosunku do Mongolii. Dlatego jednym z kluczowych czynników współczesnej polityki światowej, z którym wszyscy powinni się liczyć, jest z jednej strony, niezdolność do „taniego” rozwiązania problemów, a z drugiej – brak woli politycznej i odpowiednich środków, niezbędnych do zapewnienia rzeczywistego sukcesu interwencji wojskowej. Dobrze ilustruje to doświadczany obecnie kryzys: o jakim „budowaniu państwowości” może być mowa za granicą, gdy problem jest tak ostro odczuwany we własnym domu. Nowe przykłady tego problemu dają również procesy transformacji w ramach tak zwanej „arabskiej wiosny”. „Tania” operacja w Libii przyniosła „tanie” wyniki, nie mówiąc już o utracie zaufania wśród stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Niestety, stare przyzwyczajenia „są nie do zabicia”. Dlatego inercja dominacji jest nadal odczuwalna w sprawach światowych. W szczególności, ujawnia się to na poziomie kultury, do której de facto sprowadza się istota zachowania podmiotów relacji międzynarodowych. Znamienny przykład takiej kultury politycznej, która odzwierciedla chęć cofnięcia czasu, stanowi wspomniany już „Stratfor” w swojej analizie lata roku bieżącego. Został w niej skonstruowany „czworobok” geopolityczny w składzie: Stany Zjednoczony, Europa, Chiny i Rosja. Jest chyba dobrym pomysłem postrzegać Europę jako niezależne centrum nowoczesnego świata. Trudno natomiast zgodzić się z innymi pomysłami, a mianowicie z ideą nieuniknionego schyłku Europy i Chin. W rezultacie znów pozostają Ameryka i Rosja, jako dwa bieguny globalnej polityki konfrontacji w ramach „małej” zimnej wojny. Można by było z uznaniem powitać prognozę, że przyszłość geopolityczna należy do Rosji. Lecz dlaczego w formacie, który ma uzasadniać inercję amerykańskiej kultury strategicznej? Dlaczego na poziomie instynktu trzeba podejrzewać Rosję o to, że – niemal że obiektywnie – zyska na wszystkich geopolitycznych porażkach Ameryki?

Dlatego też szczególną satysfakcję sprawiają przejawy innej Ameryki. Jak, na przykład, artykuł Thomasa Grahama w gazecie „International Herald Tribune” (z 22 sierpnia 2013), w którym analizuje się tendencja obwiniania Rosji o wszystkie nieszczęścia Ameryki, co jest między innymi sposobem na odwrócenie uwagi od problemów własnego rozwoju. Warta uwagi jest teza Grahama, że na poziomie podświadomości dla określonych kręgów w USA „problem rosyjski” polega na tym, że „zwycięstwo” nad Rosją w zimnej wojnie można uznać za „całkowite” tylko wtedy, gdy przeciwnik bierze zwycięzcę za wzór, czy to w kwestii rozwoju wewnętrznego czy zachowania na arenie międzynarodowej. Jest oczywiste, że Rosja (i tutaj nie jesteśmy sami) nie jest krajem, który może dać taką satysfakcję. Szkoda, że istnieją podobne odczucia, tak jak istnieją i tacy, którzy nie mogą wybaczyć nam decydującej roli w zwycięstwie nad hitlerowskimi Niemcami.

Te same elementy kultury politycznej tłumaczą utrzymującą się dysproporcję w rozwoju między krajami uprzemysłowionymi i rozwijającymi się, zarówno w zakresie warunków handlu, jak i w sferze finansów. Czasem wchodzi do obiegu zapomniany już termin „neo-kolonializm”, odzwierciedlając przejście od kontroli fizycznej do bardziej zawoalowanego braku równości w ogólnym systemie stosunków międzynarodowych, łącznie ze statusem rozwijających się krajów jako zaplecza surowcowego, nawet jeśli na wyższym poziomie rozwoju niż 50 lat temu. Co więcej, kolonializm ten nabiera wymiaru zależności informacyjno-technologicznej, która w istocie pozbawia te kraje perspektywy samodzielnego rozwoju, w tym możliwości stworzenia konkurencyjnych zasobów intelektualnych.

To wielobiegunowość i regionalizacja polityki globalnej jest istotnym warunkiem materialnym do zwalczania nierówności w stosunkach międzynarodowych. Policentryzm, tworząc odpowiednie środowisko konkurencyjne, które w okresie zimnej wojny ograniczało się do „wyboru dwubiegunowego”, zapewnia prawdziwą przestrzeń wolności w doborze partnerów międzynarodowych z uwzględnieniem interesów własnego rozwoju. Obecnie jednym z kluczowych obszarów, w których toczy się walka o wpływy, staje się przestrzeń cyfrowa i medialna. Sławetna kontrola informacji, jak pokazały niedawne rewelacje E. Snowdena, wciąż jest istotnym elementem współczesnej geopolityki. Inną sprawą jest to, że totalny charakter tej kontroli, negującej, w zasadzie, prawo do prywatności, jest nie do przyjęcia dla nowych pokoleń, również w krajach zachodnich. Najbardziej jaskrawym przykładem są Niemcy. Projekcja antyutopii George'a Orwella na przestrzeń historycznego Zachodu nie wytrzymuje zderzenia z postrzeganiem tych, którzy chociażby ze względu na wiek nie wypracowali nawyków myślenia w kategoriach „starej” geopolityki, łącznie z „faustowskimi kompromisami” pomiędzy ochroną podstawowych praw i wolności a interesami bezpieczeństwa.

W ostatnich latach konwergencja na poziomie nie tylko podstawowych ocen aktualnej sytuacji międzynarodowej, ale także wyboru metod dyplomatycznych spełniających wymogi czasu występuje pomiędzy Rosją a Wielką Brytanią. Potwierdza to czerwcowe wystąpienie ministra spraw zagranicznych Williama Hague’a, w Kalifornii, gdzie mówił on o świecie sieciowym, znaczeniu silnych stosunków dwustronnych oraz o „częściowo pokrywających się sojuszach” dla osiągnięcia wspólnych celów. Te wszystkie pomysły są zgodne z wnioskami, do których doszliśmy w Rosji kilka lat temu i które znajdują odzwierciedlenie nawet w Koncepcji Polityki Zagranicznej w redakcji 2008 roku. Chcę podkreślić, że nie potrzebowaliśmy do tego globalnego kryzysu finansowego i gospodarczego – koncepcja została zatwierdzona przez Prezydenta jeszcze w lipcu. Mówi się w niej o dyplomacji sieciowej jako głównej metodzie dyplomatycznej policentrycznego systemu międzynarodowego. Pocieszające jest to, że słowo „wielobiegunowość” nie powoduje alergii u naszych brytyjskich partnerów. Nie chodzi już o nieporęczne sojusze wojskowo-polityczne z przeszłości skierowane wzajemnie przeciwko sobie. Wiadomo, że ich kształtowanie stało się jednym z ważniejszych elementów prowadzących do katastrofy I wojny światowej. Najważniejsze jest to, że po prostu nie ma podstaw do takich sojuszy w warunkach współzależności wszystkich państw. Dlatego tworzą się różnorodne sojusze według interesów: są one otwarte, ich geometria jest zmienna, łączą partnerów, aby zapewnić realizacje bardzo konkretnych wspólnych interesów. Takie są, dla przykładu, szerokie koalicje antyterrorystyczne, sojusze dla walki z przestępczością zorganizowaną i przemytem narkotyków oraz wiele innych. Są tworzone nie przeciwko komuś, ale w imię czegoś. Odzwierciedlają one charakter współczesnych wyzwań i zagrożeń, które są zjawiskami transgranicznymi. Skutecznie przeciwstawiać się im można tylko w oparciu o najszerszą współpracę międzynarodową.

Oczywiście, tak dyplomacja, jak i służba dyplomatyczna muszą stanąć na poziomie aktualnych problemów. Tu również istnieje wiele podobieństw między Rosją i Wielką Brytanią, zwłaszcza po objęciu władzy przez rząd koalicyjny Davida Camerona. Byłem pod dużym wrażeniem przemówienia Williama Hague’a w MSZ dwa lata temu. Mówił on wtedy o konieczności wzmocnienia przygotowania językowego dyplomatów, pogłębienia ich wiedzy o kraju, znaczeniu historii. W Kalifornii powiedział, że w czasie jego rządów „historycy znów znaleźli się w centrum prac Foreign Office”. To rzeczywiście jest ważne, ponieważ nie da się wyciągnąć wniosków z ostatnich doświadczeń, nie mając pojęcia o tym, czego uczy nas historia. Można to nazwać powrotem do klasycznej dyplomacji. O tym, o ile pamiętam, mówiła również Hillary Clinton podczas swojej kadencji sekretarza stanu. Chciałbym przez to rozumieć przezwyciężenie ideologicznych podejść i schematów odziedziczonych z czasów zimnej wojny. Jednym ze stereotypów zimnej wojny była idea dyplomacji jako „gry o sumie zerowej”. Rozprzestrzeniło się to również na informację oficjalną oraz sektor informacyjny jako całość, który rozpatrywano jako jeden z „frontów” konfrontacji ideologicznej. Wydaje się, że tu również wiele rzeczy idzie utartą drogą. Jest to zrozumiałe, ponieważ w obecnych warunkach, kiedy zniknęły dawne antagonizmy ideologiczne, kluczowym elementem polityki jest jej „sprzedaż” międzynarodowej opinii publicznej, wpływ na partnerów poprzez kontrolę przestrzeni informacyjnej. To, co powiedział E. Snowden, przemawia za tym, że zakres bezpieczeństwa informacyjnego, jak również wszelkich innych stref stosunków międzynarodowych, powinien podlegać ścisłej regulacji prawnej. Żadne koalicje osób o podobnych poglądach nie zastąpią precyzyjnych prawnie wiążących dokumentów o charakterze uniwersalnym. Ich brak tylko podważy zaufanie w polityce światowej, oraz będzie przeszkadzał przy współpracy międzynarodowej we wszystkich kierunkach. Dlatego właśnie konieczne jest międzynarodowe zarządzanie Internetem. Okazuje się, że granice państwowe tutaj również zachowują swoje znaczenie – jako ostateczny środek zapewnienia prawa do prywatności danych osobowych.

Ale pytanie jest również bardziej ogólnie. Ten stan zamieszania ideologicznego, o którym mówi S.A.Karaganow, wymaga uaktywnienia międzynarodowego dyskursu na temat wszystkich aspektów rozwoju. Kontrola informacyjna jest całkowicie sprzeczna z celem podobnej wymiany pomysłów. Bez stworzenia równych szans dla wszystkich uczestników tej dyskusji po prostu nie da się rozwiązać problemów współczesnego globalizującego się świata. W przeciwnym razie, nie stworzy się nowych pomysłów i czyjeś, nie działające już pomysły albo nawet zakamuflowany brak pomysłów, będą „równiejsze” niż inne. W zasadzie, chodzi tu o wolność słowa i prawo do opozycji w stosunkach międzynarodowych jako najbardziej istotny element politycznego i intelektualnego środowiska, które jest konieczne do przełamania obecnego impasu, w którym większość dalece nie zawsze ma rację.

Jednak teraz sytuacja się zmienia, a zmiany te, co oczywiste, związane są ze zmianą pokoleń w Stanach Zjednoczonych, Europie i ogólnie na świecie. Widzimy ogromny popyt na alternatywny punkt widzenia, odrzucenie tłumiącego wolność myśli konformizmu. Przyczyną prawdopodobnie jest to, że na Zachodzie, a być może w całym świecie, zapanował na jakiś czas nastrój w duchu „końca historii”. Innymi słowy, polegało to na przekonaniu, że prawda jest jedna, znana jest wszystkim i po prostu trzeba iść razem w „świetlaną przyszłość”. Oczywiście, w rzeczywistości wyglądało zupełnie inaczej. I globalny kryzys finansowy, który rozpoczął się jesienią 2008 roku, „obudził” wszystkich w tej właśnie rzeczywistości. Prawda jest różnorodna, a jej poszukiwania nigdy nie powinny się skończyć. Chciałbym w związku z tym odwołać się do wniosku, który sformułował były arcybiskup Canterbury Rowan Williams w swoim studium Fiodora Dostojewskiego, a mianowicie o “permanentnej niedokończoności” – zgodnie z chrześcijańskim rozumieniem wolności – życia. To zaprzecza również wszelkim odmianom „końca historii”, miałby to być komunizm czy kapitalizm liberalny, które narzucają granice twórczości historycznej. Dążenie do prawdy – to jedna z kluczowych cech natury ludzkiej i życia społeczeństwa. Właśnie z tym wiązałbym rosnącą popularność kanału Russia Today w USA, a teraz również i w Wielkiej Brytanii. Ludzie są zainteresowani pluralizmem opinii jako niezbędnym warunkiem formułowania własnych poglądów na temat niektórych kwestii. Pocieszające jest to, że Rosja i jej środki przekazu są częścią tej polifonii.

 

Podsumowując, chciałbym zatrzymać się na wymiarze, związanym z prawami człowieka, wymiarze humanitarnym powojennego porządku w Europie i na świecie. Odzwierciedlony w odpowiednich instrumentach międzynarodowych, takich jak Powszechna Deklaracja Praw Człowieka oraz Międzynarodowy Pakt ONZ, sformułował on akceptowalny wspólny mianownik dla wszystkich odpowiednich standardów. Podejmowane w ciągu ostatnich dziesięcioleci próby rozprzestrzenienia pojawiającej się w ramach konkretnego kraju czy regionu interpretacji pewnych podstawowych praw i wolności jako uniwersalnej wprowadzają dodatkowe komplikacje w ogólny klimat stosunków międzynarodowych. W rzeczywistości staje się to przeszkodą dla skoordynowanych wspólnych działań podejmowanych dla osiągnięcia tego, co rzeczywiście zostało uzgodnione przez społeczność międzynarodową jako całość. Przejrzystość w tej kwestii jest ważna również dlatego, że to, co zostało sformułowane w pierwszych dekadach po II wojnie światowej, odzwierciedla powszechne zrozumienie tradycyjnych wartości społeczeństwa, w tym równowagę pomiędzy prawami /swobodami i odpowiedzialnością przy korzystaniu z nich. Absolutyzacja praw i kompletne lekceważenie odpowiedzialności wyrządza szkody również w całokształcie relacji między cywilizacjami, w dużej mierze opartych na wspólnocie przesłania moralnego podstawowych światowych religii. Przezwyciężenie tej sprzeczności, a w rzeczywistości – negatywnej tendencji samozniszczenia, jest jednym z wyzwań dla ludzkości w XXI wieku.

 

Read 2571 times
Aleksandr Jakowienko

Nadzwyczajny i Pełnomocny Ambasador Rosji w Wielkiej Brytanii