InterAffairs

Śr02212018

Last update09:48:30 AM

RUS ENG FR DE PL ESP PT ZH AR

Font Size

SCREEN

Profile

Layout

Menu Style

Cpanel

 

Wojskowo-polityczne kierownictwo Iranu nieustannie mówi o rosnącej mocy irańskich sił zbrojnych, w tym m.in. dzięki własnym opracowaniom, produkcji i wprowadzaniu do użytku najnowocześniejszych, odpowiadających najwyższym technologiom jednostek broni i techniki wojskowej.

Niedawno najwyższy przywódca duchowy Iranu i jednocześnie głównodowodzący sił zbrojnych ajatollah Ali Chamenei odbył spotkanie z kierownictwem Marynarki Wojennej Iranu, podczas którego oświadczył, że rozwój silnej floty morskiej stanowi „priorytetowe zadanie” dla Iranu.

Konkretyzując myśl swojego naczelnika, dowódca irańskiej marynarki wojennej admirał Hossein Khanzadi poinformował, że Iran „chce skonstruować lotniskowiec”. Oprócz tego admirał przypomniał, że Iran „ma prawo” stworzyć flotę atomowych okrętów podwodnych jako „środka powstrzymywania”. Co oznaczają te oświadczenia?

Po pierwsze nasuwa się taka myśl: w jakim stopniu lotniskowce i atomowe okręty podwodne są „środkami powstrzymywania”? Ale to, można rzec, kwestia terminologii. A po drugie: czy Iran technicznie i technologicznie jest w stanie skonstruować lotniskowiec atomowy i okręty podwodne, a także inne skomplikowane typy zbrojeń?

Pod koniec listopada dowodzący wojsk lądowych Iranu generał Kiomars Heidari oświadczył, że irańska armia do końca obecnego 1396 irańskiego roku (do 20 marca 2018 roku) otrzyma nowoczesny czołg stworzony pod nazwą Karrar (atakujący, dzielny). To „bardzo dobry, idealny i skuteczny czołg, który został przetestowany i wykorzystany w manewrach wojskowych” – poinformował.

Rzeczywiście jest to nowy czołg. 12 marca 2017 roku odbyła się jego oficjalna „premiera”, ale o istnieniu tej maszyny wiadomo od dawna – już od sierpnia 2016 roku. Na stronie Topwar dokładnie opisano wszystkie właściwości czołgu Karrar (patrz https://topwar.ru/110916-osnovnoy-boevoy-tank-karrar-iran.html). Główny wniosek – Karrar „stanowi licencyjną kopię rosyjskiego czołgu T-90MS”. Tym niemniej, jak zaznacza portal, „nowe dane nt. projektu pokazują, że irański czołg nie jest pełną i dokładną kopią rosyjskiego T-90MS, choć jest do niego podobny”.

„Premiery” nowych jednostek techniki wojskowej odbywają się w Iranie nie tylko w pięknie oprawionych pawilonach, ale i na polach manewrów.

W listopadzie w Iranie odbyły się coroczne dwudniowe szkolenia irańskich sił powietrznych pod nazwą «Fadaeeyane Harime Velayat - 7». W manewrach uczestniczyły dziesiątki samolotów bojowych, transportowych, zwiadowczych, tankowców powietrznych i dronów.

Wszystko odbywało się tak jak zawsze podczas podobnych manewrów. Jednak tym razem, według informacji irańskich mediów, które powołują się na oficjalnego przedstawiciela sił powietrznych generała Massouda Rouzkhosha, niszczyciel F-7 użył bomb kierowanych. Te pociski są też nazywane „inteligentnymi bombami” (smart bombs). Są zaopatrzone w system sterowania i naprowadzania na cel. Przy czym ten system może być albo telewizyjnym, albo laserowym, albo inercyjnym z korekcją satelitarną. Jest to dość skomplikowany i drogi sprzęt, można rzec, jednorazowego użytku.

Należy zaznaczyć, że bomby kierowane stanowią jedną z najbardziej zaawansowanych broni powietrznych przeznaczonych do ataku celów naziemnych (lub znajdujących się na wodzie). Bomby kierowane to połączenie ogromnych mocy zniszczenia zwykłych pocisków lotniczych i dokładności naprowadzania na cel charakterystycznej dla pocisków kierowanych klasy powietrze-ziemia. Rezultaty użycia bomb kierowanych w wojnach i konfliktach lokalnych dają podstawy, by zaliczać je do kategorii precyzyjnej amunicji lotniczej.

Co prawda ich cena jest dość wysoka, może sięgać dziesiątków tysięcy dolarów za sztukę.

Niedawno dowódca sił wojskowo-kosmicznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Amir Ali Hajizadeh oświadczył, że Iran ma do dyspozycji własne 10-tonowe bomby, które przyćmiewają najmocniejszą broń jądrową USA. Generał Hajizadeh nazwał ten pocisk „ojcem wszystkich bomb” analogicznie do amerykańskiej superbomby GBU-43 nazywanej „matką wszystkich bomb”. Amerykanie użyli jej w kwietniu 2017 roku w afgańskiej prowincji Nangarhar przeciwko Daesh (PI). Nie ma wątpliwości, że koszt takich pocisków również jest szalenie wysoki.

Warto przytoczyć interesujący fakt, który niewątpliwie kończy spór o to, która bomba jest mocniejsza – irańska czy amerykańska. Według mediów, które powołują się na Sztab Generalny Rosyjskich Sił Zbrojnych, najmocniejszą niejądrową bombę posiada rosyjskie wojsko. W porównaniu z amerykańskim odpowiednikiem rosyjska bomba ma mniejszą wagę, ale jest 4-krotnie mocniejsza i ma 20 razy większą powierzchnię rażenia. I jak ją nazwać – matką czy ojcem wszystkich bomb – nie gra dużej roli.

Wracając do tematu nowych irańskich jednostek bojowych i nie tylko, wypada zwrócić uwagę na deficyt w irańskich siłach powietrznych nośników podobnych pocisków. Z powodu dużych rozmiarów superbomb rakiety nie są w stanie być ich nośnikami. Z kolei samoloty bojowe wyposażone w 250-kilogramowe bomby raczej nie dadzą rady przetransportować 10-tonowych, i tu pojawiają się kolejne problemy.

Zestaw samolotów bojowych irańskich sił powietrznych zestarzał się: F-4, F-5 (amerykańskie opracowania lat 50.), F-7 (chiński analog starego radzieckiego samolotu MiG-21 produkcji lat 50.-60.), F-14, Su-20, Su-24, Su-25, MiG-29 (opracowanie lat 70.-80.). Co więcej, wiele ze znajdujących się na wyposażeniu irańskich sił powietrznych jednostek jest niezdolnych do walki.

Tak, irański przemysł zbrojeniowy zajmuje się produkcją wielu rodzajów techniki wojskowej, również samolotów bojowych (Azarakhsh, Saeqeh, Tazarv). Jednak tak jak w przypadku czołgu Karrar są one wykonane na podstawie zagranicznych baz.

Wróćmy do tematu wojenno-morskiego. Oświadczenia działaczy wojskowo-politycznych wysokiego szczebla o konstruowaniu lotniskowców atomowych i łodzi podwodnych wydają się fantastyką. Patrząc chociażby na koszta związane z ich produkcją. A więc, przykładowo, koszt amerykańskiego lotniskowca „George Bush” to 6,2 mld dolarów, a koszt jednego atomowego okrętu podwodnego waha się pomiędzy 1-2,5 mld dolarów. Przy tym cały budżet wojenny Iranu w 2016 roku wyniósł 15,9 mld przy PKB o wartości 412 mld dolarów (dane Military balance – 2017), a według informacji irańskiej agencji Tasnim budżet Sił Zbrojnych Iranu na lata 2015-2016 wynosił około 9,3 mld dolarów.

Okręty atomowe to droga przyjemność, dlatego nie wszystkie marynarki wojenne mogą sobie na nie pozwolić. Aktualnie tylko pięć krajów posiada pokaźną flotę atomową. Są to Rosja, USA, Chiny, Wielka Brytania i Francja. Dwa atomowe okręty podwodne posiadają Indie.

Ale chodzi nie tylko o cenę. Pomimo dobrego dla kraju rozwijającego się poziomu przemysłu zbrojeniowego Iranu rozpoczęcie prawie że od zera produkcji najbardziej skomplikowanych jednostek zbrojeniowych teraz czy w najbliższej przyszłości jest raczej mało możliwe. Nie mówiąc już o systemie napędowym okrętów atomowych, który jako paliwa potrzebuje uranu wzbogaconego o 30-90%.

Co więcej, przeszkodą dla rozwoju wysokotechnologicznych gałęzi irańskiego kompleksu obronno-przemysłowego są wciąż obowiązujące, dosyć srogie sankcje na dostawy do Iranu ciężkich zbrojeń i wysokich technologii o przeznaczeniu wojskowym i dwufunkcyjnym. Te sankcje będą obowiązywały do lat 2020-2023. Dodatkowo zgodnie z Porozumieniem nuklearnym z Iranem ograniczenia w sferze opracowań jądrowych będą obowiązywały do lat 2025-2030.

Ogólnie dla efektywnego rozwoju wysokotechnologicznych sektorów, do których zalicza się także przemysł wojenny, Iran potrzebuje przełomu, zapewnianego przez, m.in., wiodące technologie zagraniczne. Trzymając się tylko polityki samowystarczalności, osiągnięcie sukcesu nie jest możliwe ani z naukowego, ani technologicznego, ani z finansowego punktu widzenia.

 

 

W ostatnich latach w retoryce amerykańskich polityków, aż do poziomu prezydenta, tradycyjny termin region Azji i Pacyfiku jest zamieniany nową formułą: region Indo-Pacyfiku. Za zmianą terminologii stoją najwyraźniej ogólne zmiany w kursie polityki zagranicznej USA. Jak głębokie i długotrwałe będą te zmiany?

Według krytyków reakcja USA na gwałtownie, czasem dosłownie w ciągu kilku lat, zmieniający się balans sił w regionie Azji i Pacyfiku już dawno odbiega od rzeczywistości. Przy czym zaczęło się to na długo przed Trumpem. Wszystkie administracje, które sprawowały władzę po 1991 roku, demonstrowały niechęć do ożywiania reform światowej gospodarki i handlu, a także instytucji tworzących podstawę współczesnego gospodarczego ładu światowego. [i]

Propozycję zmiany sytuacji złożył Barack Obama. Już w 2009 roku poinformował o swoim zamiarze ponownego uczynienia z regionu Azji i Pacyfiku jednego z priorytetów USA. Strategia „przywrócenia balansu” (rebalance strategy) zakładała aktywizację polityki USA w tych regionach świata, które pozostają w cieniu globalnej wojny z terroryzmem rozpoczętej po 11 września 2001 roku [ii]. Główną innowacją Obamy było uznanie Chin nie po prostu za „ryzyko”, które USA muszą mieć na uwadze w swojej polityce, a za bezpośrednie „zagrożenie” – oczywiście nie dla bezpieczeństwa USA, ale dla amerykańskich interesów. Jednocześnie „ambitne plany” Obamy dotyczące wzmocnienia pozycji USA w „najbardziej dynamicznym regionie świata” pozostały w znacznej części niezrealizowane. Niezdecydowanie amerykańskiej polityki umożliwiło Chinom przekształcenie się w jedno z dwóch dominujących mocarstw regionu Azji i Pacyfiku.

W rezultacie, według wpływowego amerykańskiego centrum analitycznego Stratfor, aktualnie w regionie Pacyfiku powstaje patowa sytuacja. USA nie dążą do bezpośredniej konfrontacji z Chinami. Ale jednocześnie Waszyngton nie chce dopuścić do dominacji w regionie Chin czy innego mocarstwa. Chiny z kolei nie będą w stanie sprostać wojenno-morskiej dominacji USA w regionie Azji i Pacyfiku jeszcze co najmniej przez najbliższe 10-15 lat. Dlatego „nacjonalistyczna” retoryka Pekinu odnośnie „roszczeń do Morza Południowochińskiego” w znacznym stopniu realizuje wewnątrzpolityczne cele. Tym niemniej Japonia i inne państwa Azji Wschodniej obserwują wzrost Chin „z narastającą podejrzliwością”.

Potencjalnie, uważają amerykańscy eksperci, taka sytuacja popycha większość krajów regionu do zacieśniania kontaktów z Ameryką. Jednak, jak podkreśla National Interest [iii], wszystkie aktualnie istniejące w Azji formaty międzypaństwowego dialogu nie umożliwiają efektywnego rozwiązywania kwestii pokoju i bezpieczeństwa. Ani jedna międzynarodowa organizacja regionu Azji i Pacyfiku nie jednoczy wszystkich krajów regionu ani całego zestawu regionalnych problemów. Ani jedna z nich, według amerykańskich analityków, nie jest w stanie sprowadzić do wspólnego mianownika „starań Chin o dominację w regionie”, roli USA jako mocarstwa na tym terytorium, interesów gospodarczych Europy i pragnienia innych krajów regionu uniknięcia całościowego uzależnienia od Pekinu.

Obecna administracja USA póki co wysyła sprzeczne sygnały. Z jednej strony Trump potwierdził, że Azja to jeden z trzech „kluczowych” dla interesów USA regionów. Podczas szczytu APEC, który odbył się na początku listopada, Trump podkreślił swoją wierność „wolności i otwartości w regionie Indo-Pacyfiku”. Z drugiej strony pochłonięcie Waszyngtonu koncepcją „Ameryka ponad wszystko” (America first) pozostawia niejasną kwestię tego, w jaki sposób Biały Dom zamierza w praktyce strzec „wolności i otwartości” regionu, jednocześnie odrzucając tradycyjną dla USA, kontynuowaną po 1945 roku linię wspierania wolności handlu. Przecież stawiając na „surowy protekcjonizm”, Trump już opuścił projekt Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) – kamień węgielny strategii wzmocnienia amerykańskiego wpływu w regionie Azji i Pacyfiku, wypracowany przez poprzednią administrację.

Jak pokazuje amerykańskie doświadczenie tworzenia sojuszów w latach zimnej wojny, architektura międzypaństwowego bezpieczeństwa utrzymuje się tylko do czasu, kiedy wszystkich jej uczestników łączą interesy o wspólnym znaczeniu, jednomyślne podejście do kwestii zagrożeń, a także umiejętność uzgadniania wzajemnych interesów na przestrzeni długich lat. Według wielu amerykańskich ekspertów wszystkie wymienione elementy w regionie Azji i Pacyfiku „już są”. USA z kolei pragną nie dopuścić do zakrojonej na szeroką skalę destabilizacji w jednym z najważniejszych regionów świata. Tak jak dwie poprzednie administracje, Biały Dom Trumpa widzi te same zagrożenia w regionie: konieczność utrzymywania swojej konkurencyjności, przede wszystkim strategicznej, z Chinami. Zagrożenie wojskowe ze strony KRLD, a także narastający problem terroryzmu islamskiego. Do tego dochodzi nowy priorytet Waszyngtonu za Trumpa – zagrożenie ze strony międzynarodowej przestępczości zorganizowanej [iv].

Sens strategii w Azji, której zarysy zaczyna nakreślać aktualny rząd USA, polega na tym, że Waszyngton nie planuje prowadzić polityki aktywnego powstrzymywania i, tym bardziej, izolowania Chin, ponieważ zarówno jedno, jak i drugie „jest niemożliwe i niepożądane” w obecnych warunkach globalizacji. Zamiast tego Ameryka zamierza utrzymać swoją obecność w regionie w charakterze „potężnej siły”, stworzonej do niwelowania (ameliorate) „negatywnych konsekwencji destabilizującego umacniania się” Chin[v].

Według informacji z ogólnodostępnych źródeł głównym elementem opracowywanej strategii powinna stać się idea, którą podzielił się kilka lat temu premier Japonii Shinzo Abe, o „sojuszu demokracji w regionie Pacyfiku”[vi]. Japonia, Australia, Indie i USA muszę utworzyć element centralny, „konstrukcję nośną” nowego formatu „bezpieczeństwa i stabilności” w Azji. Czy „sojusz demokracji” będzie zinstytucjonalizowany, a jeśli tak, to w jakim stopniu – teraz nikt nie bierze się za prognozowanie w tej kwestii. Podczas zimnej wojny w różnych częściach Azji nie raz powstawały „modele” bezpieczeństwa regionalnego z USA jako uczestnikiem[vii]. I praktycznie wszystkie umarły w zarodku jeszcze przed zakończeniem się globalnej bipolarnej konfrontacji – przede wszystkim przez to, że Waszyngton nie był w stanie w odpowiedni sposób brać pod uwagę interesów partnerów tych porozumień. Tymczasem aktualna inicjatywa jest jeszcze bardziej ambitna. Jej zwolennicy liczą na to, że do „sojuszu demokracji” przyłączy się (przynajmniej w formacie dialogu „cztery plus”) większość krajów regionu Pacyfiku.

Szczególnie ważną rolę, co symbolizuje też zmiana w nazywaniu regionu w wystąpieniach amerykańskich oficjeli z „Azji i Pacyfiku” na „Indo-Pacyficzny”[viii], zaczyna odgrywać rozwijanie strategicznych stosunków z Indiami. Rzeczywiście, według opinii amerykańskich obserwatorów w ostatnich latach oba kraje odnajdują coraz więcej tematów w stosunkach dwustronnych bazujących na „ogólnym zaniepokojeniu staraniami Chin o regionalną hegemonię”. Indie stanowią trzecią co do wielkości gospodarkę Azji; potęgę jądrową mającą spór przygraniczny z Chinami. Włączenie Indii do koalicji pod wodzą USA umożliwiłoby stworzenie znacznej przeciwwagi dla wpływu Chin bez konieczności znacznego wzmacniania obecności wojskowej USA. Jednocześnie, według amerykańskich ekspertów, to dałoby nowy impuls dla rozwoju socjalno-gospodarczego największej demokracji na świecie, który teraz jest jej ogromnie potrzebny.[ix]

„Odpowiedzią” na chińską inicjatywę „Jednego pasa i jednej drogi” mogłaby stać się amerykańska koncepcja „analogicznego typu”. Podobna inicjatywa byłaby nastawiona na tchnięcie nowej dynamiki w stosunki gospodarcze pomiędzy maksymalnie możliwą ilością sojuszników USA w Azji, a także na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Jako przykład rozwoju stosunków na tym kierunku już podaje się rosnącą współpracę pomiędzy Indiami i Izraelem. I w końcu, ważnym instrumentem „powstrzymywania” Chin powinny stać się zarówno istniejące już narodowe, jak i ogłoszone na poziomie projektów wspólne mechanizmy kontroli i ograniczenia potencjalnie „wrogich” inwestycji zagranicznych.

W taki sposób aktualne sygnały ze strony administracji Trumpa na kierunku azjatyckim można interpretować jako próbę dodania do okresu „doobamowskiego” pomysłu rozwijania przeważnie dwustronnych stosunków handlowych z państwami regionu. Według idei Trumpa taka konstrukcja umożliwi podwyższenie obrotu gospodarczego, spieniężenie stosunków z istniejącymi i potencjalnymi sojusznikami. Jak podkreśla znany rosyjski ekspert Fiodor Lukjanow, ponieważ próba przeformułowania związków z Chinami niesie za sobą niebezpieczny i kosztowny konflikt, Trump działa, jak się wydaje, metodą prób, po omacku szukając granic możliwego. Czy to w kwestii Chin, czy powstrzymywania/karania KRLD, czy prób silniejszego przywiązania do swojej „orbity” państw regionu.[x]

Perspektywa pojawienia się „azjatyckiej Antanty” czy nawet „azjatyckiego NATO” byłaby oczywiście bardzo, ale to bardzo niepokojącą wiadomością dla Moskwy. Teraz Rosja ma potencjał, w tym instytucjonalny, do promowania swojej wizji architektury bezpieczeństwa jeśli nie dla całej Wielkiej Azji, to, co najmniej, dla jej części kontynentalnej. A liczba potencjalnych partnerów Rosji w regionie Azji i Pacyfiku prawie dościga liczby partnerów USA. Jednak opracowanie praktyczne i pełna realizacja rosyjskiej strategii dla Azji będzie wymagała długofalowego „przywództwa intelektualnego” i dyplomacji najwyższej klasy.

[i] http://www.scmp.com/comment/insight-opinion/article/2121297/america-falters-and-europe-declines-look-east-see-future

[ii] https://foreignpolicy.com/2011/10/11/americas-pacific-century/

[iii] http://nationalinterest.org/feature/how-america-its-indo-pacific-allies-will-redefine-regional-23155

[iv] https://www.whitehouse.gov/the-press-office/2017/11/10/remarks-president-trump-apec-ceo-summit-da-nang-vietnam

[v] http://nationalinterest.org/feature/how-america-its-indo-pacific-allies-will-redefine-regional-23155

[vi] https://www.project-syndicate.org/commentary/a-strategic-alliance-for-japan-and-india-by-shinzo-abe?barrier=accessreg

[vii] Chodzi przede wszystkim o SEATO – Organizację Paktu Azji Południowo-Wschodniej (1955-1977), do której wchodziły Australia, Wielka Brytania, Nowa Zelandia, Pakistan, USA, Tajlandia, Filipiny i Francja. (Korea Południowa i Południowy Wietnam były „partnerami w dialogu”). ANZUS Security Treaty – Australia, Nowa Zelandia i USA, formalnie działający do tej pory. ANZUK (1971-1975) – Australia, Wielka Brytania, Nowa Zelandia, Malezja i Singapur, do którego USA formalnie nie wchodziły, ale rozpatrywały go jako sojuszniczy.

[viii] Tuż przed wielkim azjatyckim tournee Donalda Trumpa w pierwszej połowie listopada termin „region Indo-Pacyfiku” regularnie pojawia się w oficjalnych wystąpieniach sekretarza stanu USA Rexa Tillersona i ministra obrony Jamesa Mattisa.

[ix] https://www.cfr.org/blog/want-free-and-open-indo-pacific-get-india-apec

[x] http://www.globalaffairs.ru/print/redcol/Rasshirenie-ramok-19132

 

 

 

Wydarzenia ostatnich kilku dni w Kijowie można nazwać procesem „klaunizacji” ukraińskiej polityki.

Na tym tle prezydent Ukrainy Petro Poroszenko stara się pozostać w miarę zrównoważonym centrum władzy. A poczynania Michaiła Saakaszwilego, jego głównego, w tym momencie, publicznego konkurenta, zgodnie z planem prezydenta Ukrainy powinny zostać doprowadzone do absurdu przez ten cyrk. Zadanie Poroszenki – po prostu utrzymać się na tle radykalno-patriotycznej histerii i populizmu.

Sytuację doprowadzają do absurdu obie strony. Prokurator generalny Ukrainy Jurij Łucenko oświadczył, że za aktywną działalnością antyprezydencką „bezpaństwowca Saakaszwilego” stoi Moskwa. Widocznie ta teza i zademonstrowane przez prokuratora dowody mają stać się decydującym argumentem do dyskredytacji szalonego ukraińskiego patrioty Saakaszwilego.

Interesujące w tym wypadku są szczegóły. Jak poinformował prokurator generalny Łucenko, Saakaszwili jest podejrzany o współpracę ze zbiegłym ukraińskim oligarchą, przedstawicielem zespołu byłego prezydenta Janukowycza Siergiejem Kurczenko, od którego eksgubernator obwodu odesskiego dostał 500 tysięcy dolarów na sfinansowanie akcji przed parlamentem Ukrainy. Według Łucenki umowę, zgodnie z którą Kurczenko sponsoruje lidera „Ruchu Nowych Sił”, oligarcha zawarł po to, żeby odzyskać majątek, który stracił po ucieczce z Ukrainy. (lb.ua) Jako dowód prokuratura generalna opublikowała zapis rozmowy Saakaszwilego z Kurczenką.

Ukraińscy eksperci zgadzają się z Łucenką, dodając: to nie tylko misja specjalna byłego ukraińskiego oligarchy z Moskwy, ale, jak się okazuje, operacja specjalna Moskwy mająca na celu destabilizację sytuacji na Ukrainie. (dw.com)

Tak więc Kurczenkę oskarżają o współpracę z oligarchami poprzedniej władzy, którzy mają rzekomo działać przy wsparciu i w interesach Rosji. Cięższego obwinienia w oczach świadomych Ukraińców nie da się wymyśleć. Pozostało tylko zmusić do uwierzenia w to. I tutaj już ciężej, bo majdany, które wybuchały przeciwko korupcji i które w sumie zwyciężyły, samej korupcji nie zlikwidowały, i dlatego ukraińscy patrioci bardziej wierzą politykom pokroju Saakaszwilego niż prezydentowi swojego kraju.

Kurczenko, Saakaszwili na dachu – to wielkie zamieszanie i jednocześnie powód do realizacji chciwych planów ukraińskiej władzy.

I tutaj powstaje szereg wątpliwości. Pierwsze pytanie – czy nazwisko Kurczenki wypłynęło przypadkowo? Wygląda na to, że nie. To podstawa do planowanego „skonfiskowania holdingu medialnego Kurczenki”. „Mamy nadzieję, że do nowego roku Ukraińcy zostaną zwolnieni z przymusu słuchania i czytania niektórych «watowych», prorosyjskich publikacji” – oświadczył prokurator generalny Łucenko. (strana.ua) Chodzi o holding medialny UMH Group, czyli 6 mln czytelników stron internetowych należących do grupy, stacji radiowej docierającej do 7,24 mln słuchaczy tygodniowo oraz popularne wydawnictwa drukowane. (umhgroup.com) Oczywiście takie media powinny być pod kontrolą, najlepiej administracji prezydenta. I to nie wszystko, co władze mają do Kurczenki – biznesmen posiada jeszcze atrakcyjne dobra materialne, którymi Kijów także się zajął. Już w listopadzie „sąd w Odessie wydał decyzję o skonfiskowaniu na rzecz państwa produktów naftowych o wartości ponad 800 mln hrywien w ramach śledztwa dotyczącego działalności przestępczej oligarchy Siergieja Kurczenki”. (strana.ua)

Wygląda na to, że właśnie dlatego w historię z Saakaszwilim nagle wpleciono wątek Kurczenki. Widać tu jasny zamiar „upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu” – i w stosunku do potężnego holdingu medialnego dokonać „konfiskaty”, podporządkowując go celom politycznym i interesom rządzącej wierchuszki, i po raz kolejny ogłosić o ingerencji Rosji w procesy polityczne w innym kraju.

Aktualnie wszystko wskazuje na to, że Zachód przestał stawiać na Poroszenkę. (ukraina.ru) Dlatego ten jest zmuszony na różne sposoby demonstrować, że zachowuje się stosownie (czyli działa zgodnie z wyznacznikami ukraińskiej polityki), i jednocześnie – że inni politycy, zdolni do wywierania wpływu na obywateli i pociągnięcia za sobą aktywnych przedstawicieli ukraińskiego społeczeństwa, zachowują się nieodpowiednio, głupio. Ale nie jest w stanie tworzyć takiej sytuacji politycznej bez pomocy struktur siłowych. A nie wszystkie z nich są pod jego kontrolą.

I tu powstaje kolejne pytanie – jaka część struktur siłowych Ukrainy wspiera Poroszenkę i dlaczego? Niedawno powstał poważny i znaczący dla Poroszenki i jego otoczenia konflikt pomiędzy organami ochrony prawa: nowymi, sformowanymi po „rewolucji godności” z pomocą Zachodu, a w szczególności USA – Narodowym Biurem Antykorupcyjnym Ukrainy (NABU) i Specjalną Prokuraturą Antykorupcyjną (SAP), i starymi - Prokuraturą Generalną i Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Chodzi o to, że, jak informują eksperci, nowe antykorupcyjne organy NABU i SAP przeszkadzają staremu, skorumpowanemu, systemowi, którego bronią Prokuratura Generalna i SBU.

Mowa o konflikcie ukraińskich służb specjalnych, kiedy agenta NABU zatrzymano podczas próby wręczenia łapówki urzędnikowi ukraińskiego organu migracyjnego, przy czym „w NABU oświadczono, że Prokuratura Generalna i SBU przeszkodziły mu w operacji specjalnej mającej na celu ujawnienie siatki korupcyjnej w służbie migracyjnej. Prokurator Generalny Ukrainy poinformował, że działania agenta NABU są nielegalne i stanowią prowokację. Natomiast prezydent Poroszenko oświadczył, że publiczne międzyinstytucjonalne konflikty wyszły poza ramy «rozsądnej konkurencji»”. (rian.com.ua)

Problem w tym, że NABU jest bezpośrednio kontrolowane przez USA, pojawiła się też informacja o tym, że wspomniana operacja specjalna była prowadzona wspólnie przez NABU i FBI. Potwierdza to oświadczenie Departamentu Stanu z 4 grudnia, w którym czytamy o zaniepokojeniu sytuacją blokowania pracy organu antykorupcyjnego: „Ostatnie wydarzenia, między innymi przeszkodzenie w śledztwie, które miało na celu ujawnienie korupcji na wysokim szczeblu, aresztowanie pracowników NABU i konfiskata poufnych akt biura antykorupcyjnego wywołują zaniepokojenie w kwestii tego, czy Ukraina chce walczyć z korupcją”. (rian.com.ua) To oświadczenie można interpretować jako niedwuznaczne ostrzeżenie przed zaczepianiem znajdującego się pod patronatem USA NABU.

Na marginesie, afera wokół ukraińskich służb specjalnych rozwinęła się nie na żarty, szefowie NABU i SAP polecieli do Waszyngtonu na Globalne Forum Zwrotu Aktywów (Stolen Asset Recovery Initiative - StAR). Łucenko, na którego także czekano na tym forum, nie zjawił się tam. (rian.com.ua)

Łucenko, który został w Kijowie, wygłosił bardzo interesujące oświadczenie, że wszyscy agenci NABU znajdują się poza prawem, i że „jest to nielegalna organizacja, która używa nielegalnych metod”. (lb.ua) Z tego można wnioskować, że to początek konfliktu z USA, które stoją za NABU, i że system korupcyjny, któremu zagraża działalność NABU, dla Poroszenki i jego otoczenia jest nie mniej ważny niż stosunki z USA. A Stany Zjednoczone w tej sytuacji wysyłają sygnał, że reelekcja Poroszenki w 2019 roku może wcale nie być ich głównym celem. Prezydentowi Ukrainy pozostaje jedno wyjście, o którym napisano wyżej – doprowadzić sytuację z publicznymi wystąpieniami jakiejkolwiek opozycji do absurdu i podkreślić swoją normalność, to, że ma kontrolę nad sytuacją w kraju, a tym samym udowodnić to, że jest najodpowiedniejszym człowiekiem na tym stanowisku.

Patrząc na to wszystko, można z pewnością stwierdzić, że „ukraińska rewolucja” w najbliższym czasie nie dobiegnie końca. Będzie kontynuowana, za każdym razem doprowadzając proces polityczny do granic absurdu. Jak tylko zostanie osiągnięty jakiś kompromis, znajdzie się weteran ATO, który pełnym głosem krzyknie – a co z ideałami i osiągnięciami „rewolucji godności”?! I znowu zaczną się uliczne akcje, media podchwycą temat i rozdmuchają nową falę protestacyjnych oświadczeń. I jest to jedyny sposób Poroszenki, by utrzymać się przy władzy.

 

A tymczasem zbiegły „bezpaństwowiec i agent Kremla Saakaszwili” ogłosił miasteczko namiotowe pod budynkiem Rady Najwyższej „nową Siczą”… A Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy wyraziły zaniepokojenie atakami na organy antykorupcyjne Ukrainy i wezwały władze kraju do niedopuszczenia do zboczenia z drogi walki z korupcją i przyspieszenia procesu utworzenia sądu antykorupcyjnego. (ru.investing.com)

 

 

W celu omówienia z rosyjskim prezydentem kwestii syryjskiego uregulowania po zwycięstwie nad terrorystami do Soczi przyjechali liderzy Turcji i Iranu. Po raz pierwszy od liczących 500 lat stosunków dyplomatycznych Rosji z tymi krajami. To znaczy, że było to tego warte.

Władimir Putin, Recep Tayyip Erdogan i Hasan Rouhani, podkreślając znaczne sukcesy w walce z terroryzmem (według Władimira Putina udało się zapobiec rozpadowi kraju), potwierdzili gotowość do wzmacniania dalszej współpracy. A podsumowując negocjacje, prezydent Rosji zaznaczył: „teraz należy poświęcić szczególną uwagę procesowi uregulowania politycznego”. MSZ Syrii przyjęło z uznaniem oświadczeni e końcowe trzech liderów.

We wspólnym oświadczeniu podsumowującym strony podkreśliły, że „format z Astany i jego osiągnięcia stały się efektywnym instrumentem walki o pokój i stabilizację w Syrii”.  Bo to właśnie w Astanie za stołem negocjacyjnym spotykają się siły bezpośrednio zaangażowane w kryzys syryjski, podczas gdy w Genewie negocjują przeważnie ci, którzy wspierani są przez kraje zachodnie. Już sam fakt nieobecności w tym miejscu Turcji i Iranu mówi sam za siebie.

Tuż przed negocjacjami prezydent Rosji gościł w rezydencji w Soczi prezydenta Baszara Asada, odbył rozmowy telefoniczne z liderami USA, Izraela, Egiptu, Kataru i Arabii Saudyjskiej – żeby zapobiec ewentualnym zarzutom o odizolowany, zakulisowy charakter zebrania w Soczi.

Wiadomo, że walka ze wspólnym wrogiem zbliża sojusze i koalicje. Ale im bliżej zwycięstwa, tym jaskrawiej dają o sobie znać rozbieżności zakorzenione w narodowych interesach sojuszników. Z czym strony przystąpiły do negocjacji?

Rosja, która odegrała zasadniczą rolę w pokonaniu organizacji terrorystycznych (co przyznaje sam prezydent Syrii) wzywa do zbalansowania w Syrii sił i interesów wszystkich graczy (w tym również zewnętrznych) – po wieloletniej wojnie innej drogi do normalizacji sytuacji w kraju po prostu nie ma. I teraz Moskwę interesuje polityczny kompromis pomiędzy przeróżnymi syryjskimi uczestnikami, co, oprócz osiągnięcia głównego celu – pokoju pomiędzy siłami w kraju – jeszcze bardziej wzmocni jej autorytet jako międzynarodowego pośrednika, działającego bezstronnie i efektywnie.

W Teheranie sytuacja widziana jest nieco inaczej. Poprzez pryzmat irańskiej piramidy polityki zagranicznej sukcesy na polu bitwy wyglądają, przede wszystkim, jak zwycięstwo nad sunnickim terroryzmem (zarówno PI, jak i Dżabhat An-Nusra rekrutują neofitów właśnie tego wyznania), i poszukiwanie teraz kompromisu jest niekonieczne. Nieprzypadkowo całkiem niedawno premier Turcji Binali Yıldırım skrytykował Iran za dążenie do ustanowienia w regionie „hegemonii jednego z nurtów islamu”.

Kontynuując, Teheranowi nie podoba się dążenie Rosji do uwzględnienia interesów Izraela, który nie waha się ostrzeliwać irańskich i proirańskich wojsk, kiedy te podejdą zbyt blisko Wzgórz Golan. Póki co Iran to znosi i nie reaguje. Ale na jak długo wystarczy tej cierpliwości – nie wiadomo.

Ankara w czasie trwania wojny zdołała w wielu kwestiach się „przestawić”, co umożliwiło jej pretendowanie do jednej z głównych ról w polityce regionalnej. „Nie tylko Rosja i Iran, ale nawet USA, Francja i nawet Arabia Saudyjska zajmują bardziej elastyczną pozycję odnośnie Asada – przyznał szef MSZ Turcji Mevlüt Çavuşoğlu. – Powinniśmy być realistami”. Chociaż według słów sekretarza prasowego prezydenta Turcji Ibrahima Kalyna „Baszar Asad nie jest człowiekiem, który mógłby stać na czele demokratycznego państwa”.

Rezygnacja z bezkompromisowej pozycji pokryła się w czasie ze wzrostem napięcia w stosunkach Turcji z zachodnimi sojusznikami. Recep Tayyip Erdogan dziś bezpośrednio obwinia USA o to, że te „wykorzystują jednych terrorystów przeciwko drugim. To nie są sojusznicze stosunki”. Nietrudno się domyślić, że lider Turcji ma na myśli ochranianą przez Waszyngton Partię Pracujących Kurdystanu i PI.

Priorytetem Ankary w Syrii z czasem stało się nie pozbawienie władzy Asada, a osłabienie pozycji Kurdów. Jakikolwiek stopień i forma kurdyjskiej państwowości w tym kraju rozpatrywane są jako zagrożenie dla jedności terytorialnej samej Turcji. Tak więc zainstalowane w strefie przygranicznej tureckie wojska nie mają zamiaru w najbliższej perspektywie opuszczać swoich pozycji. Co więcej, władze Turcji otwarcie mówią o przygotowaniach do operacji wojskowej w kurdyjskiej enklawie Afrin. Pretekst – zaniepokojenie „sytuacją demograficzną” w tym rejonie. Najwidoczniej chodzi o sytuację etniczną, czyli, jak uważają w Turcji, wypędzanie z Afrinu przez kurdyjskie władze ludności turkmeńskiej, w wielu kwestiach sympatyzującej z Ankarą.

Za najważniejszy rezultat spotkania w Soczi należy uważać porozumienie o przeprowadzeniu kongresu narodów Syrii. Przypomnijmy, że pomysł został zaproponowany przez Władimira Putina („o losach Syrii powinni decydować Syryjczycy, zarówno zwolennicy aktualnej władzy, jak i opozycja”) i poparty przez liderów Iranu i Turcji.

Główny problem polega na tym, że póki co nie ma jasności co do tego, kogo zapraszać na kongres. Prezydenci trzech krajów we wspólnym oświadczeniu zgodzili się co do tego, że skład kongresu będzie jeszcze dodatkowo uzgadniany. Wszyscy są świadomi, że bez przedstawicielstwa Kurdów kongres będzie fikcją, ale Turcja zajmuje w tej kwestii specyficzną pozycję. Otóż występuje nie przeciwko syryjskim Kurdom w ogóle (przecież Ankara naprawiła stosunki biznesowe z Irackim Kurdystanem), a przeciwko Demokratycznej Partii Kurdystanu powiązanej z Partią Pracujących Kurdystanu, którą w Turcji uznają za organizację terrorystyczną. Ale problem w tym, że akurat Partia Demokratyczna gra pierwsze skrzypce w politycznej i wojennej sferze w kurdyjskich dzielnicach Syrii. Tak więc dogadywanie się z innymi, „umiarkowanymi” z punktu widzenia Ankary Kurdami nie ma większego sensu. Nieprzejednaną pozycję Turcji w tej kwestii Erdogan potwierdził jeszcze raz po zakończeniu rozmów w Soczi: „Wykluczenie terrorystów, pokuszających się na bezpieczeństwo narodowe naszego kraju, na polityczną harmonię i terytorialną integralność Syrii, pozostanie naszym priorytetem. Jeśli już jesteśmy za terytorialną i polityczną jednością w Syrii, nie możemy rozpatrywać jako legalnego partnera morderczej bandy, która próbuje doprowadzić do rozbicia kraju”. (Cytat: gazeteduvar.com.tr) Erdogan teraz nie może porzucić tego stanowiska – stawką jest jego przyszłość polityczna.

Wraz z przybliżaniem się zwycięstwa nad PI na pierwszy plan wkracza problem kurdyjski, który pozostanie i przeszkodą, i przedmiotem przetargu pomiędzy głównymi graczami w Syrii. Syryjscy Kurdowie, którzy odegrali ogromnie ważną rolę w zwycięstwie nad PI, wspierani przez USA (według danych tureckiego wywiadu dostali od Amerykanów około 3,5 tysiąca ciężarówek z bronią i amunicją), już objęli kontrolę nad 1/3 terytorium kraju, pomimo że sami stanowią nie więcej niż 12-15% ludności tych terenów. A Amerykanie utworzyli w Syryjskim Kurdystanie już z 10 baz wojskowych i, tak jak Turcy, wcale nie zamierzają opuszczać Syrii.

Tak więc do ostatecznej normalizacji sytuacji w kraju jeszcze daleko. Dlatego też prezydenci Rosji, Turcji i Iranu poinformowali o swojej gotowości do kolejnych spotkań.

 

Nikt nie oczekuje tego, że droga do osiągnięcia pokoju będzie lekką. Podsumowując rezultaty pokojowej fazy rozwiązywania kryzysu, Władimir Putin zaznaczył: „Ten proces będzie trudny i nie obejdzie się bez kompromisów, w tym od oficjalnych władz”.

 

 

Ostatnio amerykańscy eksperci poświęcają szczególną uwagę stosunkom rosyjskich regionów z władzami centralnymi.

Wykorzystując problemy społeczno-ekonomiczne w różnych podmiotach Federacji Rosyjskiej, intelektualiści zza oceanu promują tezę o konieczności decentralizacji ich stosunków z Moskwą.

I nie chodzi  tylko o obdarowanie regionów dodatkowymi autonomicznymi uprawnieniami, a o dążenie Amerykanów do rozerwania Rosji wzdłuż regionalnych szwów.

Były pracownik CIA, obecnie jeden z wiodących ekspertów Fundacji Jamestown (USA) Paul Goble nazywa regionalizm nacjonalizmem przyszłej rosyjskiej rewolucji. Wzywa do zamiany nacjonalizmu na regionalizm i do budowy różnych regionalnych tożsamości wewnątrz Rosji – syberyjskiej, nowogrodzkiej, königsberskiej (1).

Goble niejednokrotnie popierał idee stworzenia na terytorium Rosji niepodległej Republiki Uralskiej, Republiki Syberyjskiej, niepodległej Ugrofińskiej, niezależnej Ingrii itd. Goble jest pewien, że jeśli chodzi o destabilizację Rosji to przyszłość należy do projektów regionalnych.

Fundacja Jamestown – analityczne centrum eksperckie, które skupia swoją uwagę na problemach narodowych i regionalnych Rosji. Wśród głoszonych przez Fundację pomysłów jest – kształtowanie nacjonalnej kozackiej tożsamości narodowej wśród ludności Kubania i Donu, pomorskiej – u mieszkańców Rosyjskiej Północy, odrębnej tożsamości narodowej tatarów syberyjskich itp.

Czym jest podyktowane przeniesienie akcentu z banalnego nacjonalizmu na regionalizm przez społeczność amerykańskich ekspertów?

Po pierwsze, regionalizm wygląda bardziej reprezentacyjnie niż silny nacjonalizm. Nacjonalizm może zostać odrzucony przez społeczeństwo ze względu na teorie rasowe i inne obraźliwe praktyki, nieuchronnie wynikające z ideologii nacjonalistycznej.

Po drugie, to właśnie nacjonalizm najpełniej zawiera w sobie czynnik społeczno-gospodarczy, tak wrażliwy dla Rosji. Łatwiej rozbudzić nastroje regionalno-separatystyczne na Syberii czy w obwodzie kaliningradzkim pod pretekstem żądania bardziej zbalansowanych stosunków ekonomicznych z centrum niż opierać się na separatyzmie nacjonalistycznym każdej narodowości.

Po trzecie, separatyzm regionalny jest wielonarodowy, mogą go wyznawać mieszkańcy niezależnie od regionu i narodowości. To nadaje regionalnemu separatyzmowi aspekt legalności i zgodności z zasadami demokratycznymi, pozwalając zaliczyć go do ideologii pokojowych i z góry oskarżyć o wszystko władze centralne.

Po czwarte, separatyzm regionalny łatwiej wpleść w działalność protestacyjną radykalnej prozachodniej opozycji. Natomiast wplecenie rozszalałego nacjonalizmu jest dużo trudniejsze z powodu jego bojowniczej retoryki.

Po piąte, popierając regionalizm można oskarżać władze centralne o szowinizm narodowy. Paul Goble właśnie tak robi.

Jednocześnie republiki Powołża określa wspólną nazwą Idel-Ural, co odsyła nas do agresywnych fantazji miejscowych nacjonalistów z czasów wojny domowej i prób Hitlera rozegrania nacjonalistycznej karty wśród narodów Powołża (w skład Wermachtu wchodził batalion „Idel-Ural”) (2).

Po szóste, separatyzm regionalny jest skierowany na oderwanie od państwa całych regionów, a nie tylko miejsc zamieszkania tej czy innej narodowości. Na przykład Rosjanom z Powołża pozwala się figurować między obywatelami niepodległego Idel-Uralu.

Radio „Swoboda” uruchomiło całą serię źródeł tematycznych, propagujących separatyzm regionalny w Rosji. Portal „Idel.Realia” przedstawia życie republik ugrofińskich w Rosji jako smutne i bez perspektyw, gdzie tłumi się kulturę ugrofińską i nędznieje gospodarka (3). Uruchomiono także projekty „Donbas. Realia”, „Krym. Realia” i „Syberia. Realia”. Chociaż przekazywane przez nich informacje z realiami nie mają nic wspólnego.

Jeśli problemy kulturowo-językowe w republice nie stoją na ostrzu noża (jak w Tatarstanie lub Baszkirii, gdzie większość rdzennych mieszkańców posługuje się językiem ojczystym) i spekulacje wobec nich nie działają, radio „Swoboda” wprowadza do informacyjnego obrotu inne prowokacyjne tematy – o istniejących rzekomo politycznych prześladowaniach regionów ze strony Moskwy, ograniczaniu uprawnień regionów i obojętności centrum wobec problemów prowincji.

Nie tylko Stany Zjednoczone starają się wpoić w Rosji separatyzm regionalny. Wielokrotnie informowaliśmy o „königsberyzacji” Kaliningradu za niemieckie pieniądze i przy pomocy fanów „niemieckiej starożytności” w samym Kaliningradzie (4,5,6); o chęci Norwegii wprowadzenia pewnej powołżskiej tożsamości ludności obwodu archangielskiego.

Na próbach utworzenia w regionach opozycyjnie nastawionej warstwy społecznej spośród mieszkańców polskiego pochodzenia, zwłaszcza młodzieży, przyłapano pracowników polskich przedstawicielstw dyplomatycznych (7).

1)    https://www.fondsk.ru/news/2017/11/24/o-zapadnyh-zaschitnikah-regionalnyh-interesov-v-rossii-45118.html

2)    http://windowoneurasia2.blogspot.ru/2017/10/peoples-of-idel-ural-come-together-to.html

3)    https://www.idelreal.org/a/28394399.html

4)    http://newsbalt.ru/reviews/2017/01/university-konigsberg-rich-nazi-past/

5)    http://newsbalt.ru/news/2017/06/09/kaliningradskiy-minkult-profinansiroval-panegirik-koenigsbergu/

6)    http://newsbalt.ru/analytics/2017/01/hannah-arendt-lies-and-russophobia/

 

7)    http://newsbalt.ru/analytics/2016/08/poland-kuzbass-political-provocations/

 

 

Ogłoszona na dniach decyzja Białego Domu nie mogła nie wywołać burzy reakcji. Żadna inna kwestia, tym bardziej w aktualnych warunkach, nie mogłaby się jej równać, jeśli chodzi o symboliczność i wieloznaczność, łącznie z pomiarem wewnętrznego stanu Ameryki. Nawet jeśli na Statui Wolności umieszczono by wielki transparent z napisem „Zamknięta na remont”, nie dałoby to tak jasno do zrozumienia światu zewnętrznemu, że Ameryka zamyka się, żeby skoncentrować się na swoich sprawach, które nie mogą dalej czekać, szczególnie po falstarcie ze zmianami w odniesieniu do prezydentury B. Obamy.

I jak wszystko w życiu, ta decyzja ma swoją logikę, którą trzeba zrozumieć. Sprawy zewnętrzne schodzą na drugi plan. Sojusznikom można dawać to, czego ci oczekują, ale na ich własny rachunek i już w ramach wewnętrznej dyplomacji transakcyjnej. Wszystko, co stoi na przeszkodzie transformacjom wewnątrz kraju, pójdzie pod nóż. To nie oznacza rezygnacji z elementów tradycyjnej strategii polityki zagranicznej, włączając przywiązywanie do siebie sojuszników i sprawianie problemów potencjalnym konkurentom, ale nie kosztem priorytetów wewnętrznych, a po prostu inercyjnie, dla komfortu psychologicznego elit.

O trudnej sytuacji, w której znajdują się i administracja, i kraj, świadczy fakt, że D. Trump uznał za konieczne ustąpienie ewangelicznemu skrzydłu (niemającemu nic wspólnego z Nowym Testamentem) republikańskiego establishmentu i elektoratu, czego dotąd nie zrobił żaden z prezydentów. Ten segment amerykańskiego społeczeństwa wyznaje tzw. „chrześcijański syjonizm”, wierząc w to, że święte miejsca powinny znajdować się pod kontrolą Izraela dopóty, dopóki nie przyjdą tam „prawi” chrześcijanie. Chodzi o krucjatę po pełnomocnictwie wydanym Izraelowi, jak by to nie zabrzmiało. Tym razem kosztem tego, że USA stają do walki z całym światem islamskim.

Przy całym poparciu transformacji w USA społeczeństwo międzynarodowe nie może się zgodzić z tak nieodpowiedzialnym, w duchu „po mnie niech się wali i pali”, podejściem ignorującym interesy innych krajów konfliktu arabsko-izraelskiego oraz sformułowane podstawy prawnomiędzynarodowe jego uregulowania. Ta decyzja nie odpowiada też statusowi USA jako jednego ze stałych członków RB ONZ, który niesie za sobą odpowiedzialność za wspieranie międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa.

Po próbach realizacji w regionie w ciągu ostatnich 25 lat strategii zmiany świeckich (baasistowskich – od partii Baas – red.) rządów w Iraku i Syrii na rzecz monarchistycznych, przede wszystkim Zatoki Perskiej, USA, w gruncie rzeczy, rzucają te monarchie na pastwę losu. Ważny jest nie tyle problem Palestyny (kto i ile razy zdradzał Palestyńczyków w samym regionie?), co wymiar wyznaniowy problemu statusu Jerozolimy i jej świątyń. To już dotyka, przy czym w najbardziej krytyczny sposób, kwestii wewnętrznej, i tej w ramach świata arabsko-muzułmańskiego, legitymizacji rządów monarchistycznych. Najdotkliwiej odczuwa to Arabia Saudyjska, skąd od 40 lat napływa dżihad. A teraz, po krachu dżihadystycznych projektów w Iraku i Syrii, jego ofiarą może paść samo królestwo, według znanej zasady „kto mieczem wojuje…”. A fundamentaliści nigdy nie ukrywali, że kontrola nad półwyspem i jego świątyniami stanowi ich ostateczny cel. Doszedł jeszcze gaz łupkowy, odłączając USA od regionu w kwestii energetyki.

Decyzja Waszyngtonu skazuje na porażkę aktualny projekt modernizacji Królestwa Arabii Saudyjskiej, choć jego sukces i bez tego stał pod znakiem zapytania. Rozpad Arabii Saudyjskiej, który eksperci i obserwatorzy wróżą od dawna, przewidując różne warianty wydarzeń, wystawi na światło dzienne problem zbiorowej kontroli wiodących państw islamskich nad Mekką i Medyną. Tak więc „neoosmańskie ambicje” Ankary nie są aż tak iluzoryczne. Likwidacja amerykańskich baz w regionie raczej nie ułatwi sytuacji, w której znajdują się Rijad i inne stolice, a prawdopodobnie na odwrót. Nową dynamikę zyska kwestia przyszłości islamu, jego uwspółcześnienia, w którym mogą przewodzić „bracia muzułmanie”, Turcja i Katar. Bogatą w ropę wschodnią część Arabii Saudyjskiej zaludniają szyici – czy Zatoka Perska stanie się „szyickim morzem”? Czyli za jednym zamachem runie cała powstała konstrukcja regionalnej polityki. To, że wcześniej czy później ona musiała się kardynalnie zmienić, to co innego. Choć jest jasne, że na pozytywną transformację regionu Zachód poświęcił cały czas od zakończenia zimnej wojny: po prostu USA zajmowały się nie tym, co trzeba, „zamawiając muzykę w zachodnich rzędach”, a jednocześnie skazując na bierność „kwartet” bliskowschodnich pośredników.

Co się tyczy interesów Izraela pod postacią jego elity politycznej. Stawiano na nieformalny sojusz z Arabią Saudyjską przeciwko Iranowi. A teraz perspektywa jest następująca: strategiczna samotność w regionie. Wojująca Hezbollah (uczestnictwo w realnej wojnie w Syrii ze stratami liczonymi w tysiącach bojowników) – to znacznie poważniejsza sprawa niż w 2006 roku. Niszczycielska siła i dokładność sprzętu wojskowego są porównywalne do broni masowego rażenia. USA nigdy nie będą walczyć w regionie po stronie Izraela, ograniczając się do udzielania wsparcia finansowego, dozbrajania i udostępniania technologii wojskowych. I tak naprawdę to czyni sympatie do Izraela w Ameryce stosunkowo tanimi.

Izrael, oczywiście, może polegać na dyplomacji Rosji. Ale dyplomacja to sztuka możliwości, i może skończyć się na tym, że Moskwa będzie w stanie zrobić dla Izraela tylko tyle, że ewakuuje wychodźców i ich potomków z terytorium byłego Związku Radzieckiego. Światowy rozwój wydarzeń wstępuje w fazę, kiedy trzeba myśleć o tym, co wcześniej nawet nie przyszłoby do głowy. To, co udało nam się osiągnąć w Syrii, było możliwe dzięki woli jednego człowieka, który dokładnie przemyślał sytuację, jej ryzyko i możliwości, i który posiada poczucie umiaru, charakterystyczne dla naszej kultury, ale dla amerykańskiej czy zachodniej już nie. Trzymaliśmy się ograniczonych celów i osiągnęliśmy je. Nie jesteśmy bogami. Cały blask naszego sukcesu zapewniło to, że nie było innego „planu działania”: on był wbudowany w strategię zwycięstwa, określając podejmowane przez nas działania – od początku do końca. W tej czy innej formie nieprędko opuścimy Syrię, ale USA są zdecydowanie nastawione na przeszkadzanie nam tam już pod postacią „spoilerów”, i to będzie komplikowało sytuację Izraela, generując podwyższone oczekiwania i niebezpieczne iluzje. Najważniejsze – Rosja przebywa w regionie z konieczności: w żadnym wypadku nie jesteśmy jego „gospodarzem”, co starają się nam przypisać zachodnie media, posługując się kategoriami swojej własnej kultury politycznej; nie mamy zamiaru go kontrolować, jak robili to Amerykanie za pomocą swojego „nadzoru strategicznego” regionu.

Izraelowi nie zaszkodziłyby dobre stosunki z Ankarą. Ale uratować sytuację może jedynie sam, w szczególności będzie musiał przedstawić realistyczny projekt świata z Arabami, przy czym niezwłocznie, póki jest komu proponować i z kim negocjować. Wygląda na to, że w tej sprawie niczego poważnego ze strony administracji Trumpa nie będzie. Przy tym trzeba będzie mieć na uwadze to, że bez międzynarodowych gwarancji i sił w celu zapewnienia bezpieczeństwa Izraela się nie obejdzie. Po co doprowadzać sprawę do punktu krytycznego, kiedy będzie już za późno. W każdym wypadku to władze Izraela muszą decydować – nikt i nic, oprócz sytuacji, nie jest w stanie narzucić im prawidłowego rozwiązania.

W interesach Izraela leży wspieranie modernizacji regionu. Popieranie nieudanych projektów Waszyngtonu, z których każdy w rezultacie nanosił uszczerbek kwestii bezpieczeństwa Izraela, jak twierdzi sama izraelska elita polityczna, czegoś powinno nauczyć. Wystarczy przypomnieć, że wojna w Iraku podtrzymywana była w imię hasła „Droga do Jerozolimy prowadzi przez Bagdad” (a potem „przez Damaszek”?). Teraz, kiedy Waszyngton swoim „prezentem na pożegnanie” dla Izraela trzaska drzwiami, zrzucając z siebie odpowiedzialność za losy Bliskiego Wschodu, najwyższy czas przewartościować sytuację i podjąć decyzje, które zapewnią Izraelowi przetrwanie w nowej atmosferze regionalnej w długoterminowej perspektywie.

Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o osobiste przyznanie faktycznego zamknięcia zachodniego projektu przez jego pomysłodawców i zaopatrzonych w beneficja właścicieli – Anglosasów. Po prostu – „korona” imperium okazała się za ciężka. Zrezygnowali więc nawet ze stworzenia dwóch „twierdz” w formie Partnerstwa Transpacyficznego i Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycyji: dobrze zamortyzować uderzenie, ale nie aż tak. Jako pierwsi sytuację zrozumieli Anglicy, łącznie z solidną częścią konserwatywnego establishmentu. Posłużyło temu własne doświadczenie, kiedy – nie bez poniżenia awantury o Suez – gruzy Imperium Brytyjskiego posłużyły jako materiał przy budowie globalnego imperium USA. Teraz i ono upada, ale jest ostatnie – innego nie będzie – i trzeba się ratować w pojedynkę. Dlatego pod hasłem „globalnej Brytanii” Londyn dokonał wyboru na rzecz wielosektorowej dyplomacji rosyjskiego wzorca i polityki wolnego handlu według wzorca XIX wieku.  Można sądzić, że ten temat jest obecny na rozmowach koalicyjnych M. Schulza i A. Merkel: branie na siebie roli lidera Zachodu nie jest konieczne, gdy kwestia jest mglista, ale ratować Europę trzeba, choć lepiej, jeśli już europejski projekt w aktualnej formie praktycznie jest skazany na porażkę (Niemcy nie chcą płacić za dalszą integrację), wykazać inicjatywę i zacząć na poważnie pracować nad utworzeniem Wielkiej Europy.

 

W reakcji na kapitulację Paryża (i Francji) w czerwcu 1940 roku Anna Achmatowa pisała: „Kiedy chowają epokę, nadgrobny psalm nie rozbrzmiewa, pokrzywą, ostem udekorować ją trzeba”. Tym razem jest sporo szumu – sankcyjnego z Waszyngtonu i antyrosyjskiej retoryki z Londynu. Sensu sprawy to nie zmienia: sojusznicy i przyjaciele powinni do samego końca tkwić w okopach, póki grabarze „śmiało pracują”. No i trawa – ich ulubiona. Statek zaczął przeciekać i przechyla się – po co czekać, aż woda chluśnie na pokład. I decyzja w sprawie Jerozolimy nie pozostawia żadnych wątpliwości, przy czym nie tylko arabskim sojusznikom USA, odnośnie istoty tego, co się dzieje.

 

 

W zeszłym tygodniu był w Moskwie król Arabii Saudyjskiej Salman ibn Abd al-Aziz as-Suud. Przygotowania do wizyty trwały około dwóch lat, a przyjazd monarchy był przekładany oczywiście nie z winy rosyjskiej strony przyjmującej.

Media w Arabii Saudyjskiej jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji nazwały wizytę „historyczną” i zapewniały, że jej „powołaniem jest postawienie wszystkich kropek nad «i» w zagadnieniach politycznych, ekonomicznych, strategicznych, związanych z problemem syryjskim, rynkiem ropy, a także wojskowym zbliżenie Rosji i Arabii Saudyjskiej i współpraca w sferze energii atomowej”. (cyt. wg inosmi.ru) Rosyjscy obserwatorzy, jak zwykle, byli bardziej powściągliwi w opiniach.

Przypomnijmy, że stosunki dyplomatyczne między dwoma krajami zostały wznowione w 1991 roku, ale oznaki prawdziwego zbliżenia pojawiły się na początku 2000 roku po pacyfikacji w Czeczenii. Od tej pory strony od czasu do czasu wyrażały chęć zwiększenia poziomu współpracy, ale na deklaracjach się kończyło.

Zresztą, w jednym kierunku pozytywny efekt widać gołym okiem: w dużej mierze dzięki staraniom Moskwy i Rijada na świecie pojawił się Globalny pakt o ograniczeniu wydobycia taniejącej ostatnio ropy naftowej. Tu nasze interesy na pewno są zbieżne. Nic dziwnego, że na podstawie wyników moskiewskich negocjacji strony, nie wdając się w szczegóły, deklarowały gotowość „w razie potrzeby” do przedłużenia działania porozumień Paktu.

Podpisano także szereg porozumień w sferze gospodarczej: w sprawie współpracy w dziedzinie energetyki jądrowej, wysokich technologii, przetwórstwa ropy naftowej, transportu, finansów. W szczególności - między Rosyjskim funduszem inwestycji bezpośrednich i suwerennym funduszem Arabii Saudyjskiej. Choć nie należy zapominać, że na Wschodzie podpisanie umów częściej postrzegane jest jako wyrażenie zamiarów realizacji porozumień, ale nie jako obowiązek ich zrealizowania.

Duży rezonans wywołały kontrakty, memoranda i „umowy przedwstępne” o współpracy w dziedzinie wojskowo-technicznej: chodziło o sprzedaż systemów przeciwpancernych, granatników, o budowę w Arabii Saudyjskiej fabryki broni – za 3,5 mld dolarów. A co najważniejsze - o sprzedaż, już słynnych, systemów rakietowych S-400 „Triumf”. Jednak według szefa „Rostechu” Siergieja Czemezowa: „Saudyjczycy postawili warunek, że umowa wejdzie w życie, jeśli przekażemy im część technologii i uruchomimy produkcję na terenie Królestwa”. Czy Rosja na to pójdzie – oto jest pytanie. Co więcej według oświadczenia tego samego Czemezowa, „Pięć lat temu podpisaliśmy umowy na 20 miliardów dolarów, a jaki był tego sens, jeśli na intencjach się skończyło? Rijad nie wydał ani kopiejki na zakup czegokolwiek. Jeśli nazywać rzeczy po imieniu, Saudyjczycy po prostu się nami bawili, mówiąc: nie dostarczajcie systemów obrony przeciwlotniczej S-300 do Iranu, a my będziemy kupować waszą broń — czołgi i inne maszyny". (https://lenta.ru/news/2017/07/10/saudi/)

Na razie nie ma żadnych podstaw, by uznać, że zabawa się już skończyła. Armia saudyjska ma na uzbrojeniu najnowszą broń amerykańską, brytyjską i francuską. Nie ma żadnego sensu jej przezbrajanie, tym bardziej, że ostatnio podpisano z Trumpem rekordowy kontrakt na dostawę broni na sumę ponad 100 miliardów dolarów. Saudyjczycy nie mają powodów do robienia czegoś „na przekór” Zachodowi za przykładem Turcji: relacje między Rijadem, z jednej strony, Waszyngtonem i Brukselą, z drugiej, nie są bezproblemowe (takie w ogóle nie istnieją), ale dosyć „strategiczno-partnerskie”.

Problem najwyraźniej tkwi w czymś innym. Niestety na Bliskim Wschodzie rośnie w siłę kolejna runda konfrontacji międzywyznaniowej sunnitów i szyitów, reprezentowanych kolejno przez Arabię Saudyjską i Iran. Przy czym, inicjatywa aktualnie leży po stronie Iranu, który zwiększa swoje wpływy w Syrii, Iraku, Jemenie, Libanie (poprzez Hezbollah), a nawet w rejonie zatoki Perskiej – w nielubianym przez sąsiadów Katarze. Na marginesie, w pobliżu Kataru znajduje jest w większości szyicki Bahrajn, i w samym Królestwie również mieszka sporo szyitów.

Biorąc pod uwagę skalę krytyki pod adresem Teheranu, którą publicznie wyraził saudyjski król w Moskwie, trudno mieć wątpliwości, co do tego, że temat Iranu był jednym z najważniejszych punktów w części negocjacji, dotyczącej polityki zagranicznej. Kwestia, jak to się mówi, nabrzmiała: „prosaudyjskie” ugrupowania w Syrii, pod presją syryjskich, irańskich i rosyjskich wojsk, a także sił pod jurysdykcją Teheranu i Ankary, coraz szybciej zdają swoje pozycje – wpływ Królestwa w regionie spada. Dlatego jest bardzo prawdopodobne, że motywem przewodnim pozycji w Rijadzie została obietnica: „Kupimy Waszą broń, tylko nie sprzedawajcie jej Iranowi”. Rządząca dynastia, pomimo pewnych trudności gospodarczych, może pozwolić sobie na zainwestowanie w „żelazo” kilka miliardów dolarów, tylko po to by nie dostał go przeciwnik. Oprócz pieniędzy – jeszcze i polityczne dywidendy, które oznaczają - nowe potencjalne kontrakty z państwami regionu. W saudyjskich mediach w przeddzień wizyty nie bez powodu podkreślano, że poprawa stosunków z Rijadem korzystnie odbije się na stosunkach Moskwy z wieloma krajami regionu.

Przy tym jasne jest również, że wszelkie porozumienia w sprawie Syrii bez uzgodnienia z monarchiami z Zatoki Perskiej (czytaj: Arabii Saudyjskiej) są trudne do zrealizowania i obarczone nowymi konfliktami. Dlatego sam fakt przyjazdu „strażnika dwóch świętych meczetów” do Rosji – jest bardzo ważny. To świadczy o uznaniu naszego kraju za ważnego gracza na bliskim Wschodzie, nawet ze strony Rijadu i otwiera przed Moskwą, jak teraz się przyjęło mówić, nowe okno możliwości. Dlaczego Rosja miałaby nie spróbować stać się pośrednikiem w uregulowaniu konfliktu między Arabią Saudyjską i Iranem? Taka misja nikogo z nich nie skrzywdzi – na Wschodzie szanują negocjatorów, a ewentualny sukces będzie tego wart.

Potwierdzeniem tego, że Rosja może ubiegać się o tę rolę było oświadczenie Faisala J. Abbasa, redaktora naczelnego gazety Arab News: „Nie możemy ignorować tego, że Rosja stała się kluczowym graczem na Bliskim Wschodzie, w szczególności dzięki doktrynie Obamy, z powodu której rola USA w regionie znacznie osłabła, Rosja z jej finansowym i militarnym potencjałem weszła w ten układ”.

 

https://regnum.ru/news/polit/2331366.html

 

wtorek, 05 grudzień 2017 13:35

Iran: ciężkie losy Porozumienia nuklearnego

Written by

Prezydent USA Donald Trump przyjął nową strategię w stosunkach z Iranem. Zostały wygłoszone dwa główne oświadczenia. Pierwsze – o tym, że podpisane w 2015 roku Porozumienie nuklearne z Iranem dotyczące irańskiego programu nuklearnego jest nie do przyjęcia dla USA. Drugie – o wprowadzeniu sankcji przeciwko Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej, który został wpisany na listę organizacji wspierających terroryzm.

Od razu należy zaznaczyć, że prezydent Trump nie wyprowadził USA z Porozumienia nuklearnego z Iranem i nie zerwał go, a tylko tym razem nie potwierdził wypełnienia przez Iran „umowy jądrowej” (co już nie raz robił), zarządził rozpatrzenie możliwości wprowadzenia do niej zmian, a także poinformował o tym, że USA mogą ją wypowiedzieć w dowolnym momencie. Co prawda prezydent Trump przy tym nie określił metodyki, mechanizmów, dróg i instrumentów tego hipotetycznego wypowiedzenia. A przecież to nie tylko dwustronny amerykańsko-irański dokument, lecz zaakceptowany i potwierdzony przez Radę Bezpieczeństwa ONZ pakt międzynarodowy.

W przeciwieństwie do swojego szefa grupa doradców Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego poinformowała z kolei, że Iran spełnia warunki umowy. To w pełni uzasadnione i logiczne oświadczenie, gdyż główny międzynarodowy kontroler programu jądrowego Iranu - Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej – już osiem razy od momentu zawarcia porozumienia potwierdzał „surowe wypełnianie przez Iran swoich obowiązków związanych z Porozumieniem nuklearnym”. Dlatego też Trump nie miał i nie ma formalnego powodu dla zerwania umowy.

Inna kwestia – zmiana w tej umowie wymagań w stosunku do Iranu. Ale i to jest mało prawdopodobne. Iran jest kategorycznie przeciwny. Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif oświadczył, że Teheran nigdy nie będzie prowadził negocjacji na temat już zaakceptowanej umowy nuklearnej ze światowymi mocarstwami.

Z kolei szef Organizacji Energii Atomowej Iranu Ali Akbar Salehi potwierdził, że warunki Porozumienia nuklearnego nie mogą być zmienione i najlepsze wyjście to przestrzeganie ich.

Rosja, Chiny i Unia Europejska też wskazały, że Porozumienie nuklearne z Iranem nie wymaga dodatkowych zmian i udoskonaleń. Wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow zauważył słusznie: „Jest amerykańskie przysłowie, którego koledzy zza oceanu często używają w podobnych sytuacjach: «Nie naprawiaj tego, co działa».

A Porozumienie nuklearne funkcjonuje bez zastrzeżeń od 2,5 roku. Były zastępca sekretarza stanu USA i główny negocjator Waszyngtonu z pozostałymi członkami „szóstki” pośredników i Iranem Wendy Sherman ostrzegła: „Niechęć prezydenta do przyjęcia prawdy nt. porozumienia z Iranem – że ono funkcjonuje i jest w interesach bezpieczeństwa narodowego USA – będzie miała daleko idące konsekwencje”.

Dodajmy – nie w ostatniej kolejności dla USA, które niewątpliwie zderzą się z politycznymi, wizerunkowymi i moralnymi problemami. Bo przecież wszyscy uczestnicy negocjacji nuklearnych z Iranem (oprócz USA) podtrzymują Porozumienie nuklearne i są za jego zachowaniem, krytykując stanowisko Trumpa.

Oprócz tego uwolniony spod sankcji Iran stał się łakomym kąskiem dla międzynarodowego biznesu. Praktycznie wszystkie kraje UE, a także Japonia, Korea Południowa, Chiny, kraje Azji Południowo-Wschodniej są zainteresowane rozwijaniem stosunków gospodarczych z Iranem i występują przeciwko nowej kampanii antyirańskiej i nakładaniu nowych sankcji.

Porozumienie nuklearne z Iranem to najważniejszy, historyczny dokument, który możliwe że jako pierwszy od początku ery jądrowej, która rozpoczęła się w 1945 roku, jasno określa nuklearne ambicje konkretnego kraju i umieszcza je w surowych ramach międzynarodowych norm i wymagań Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. To dobry przykład efektywnej współpracy światowej dyplomacji, tworzącej precedens prawdziwego wzajemnego zaufania stron w imię zachowania reżimu nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Porozumienie nuklearne z Iranem może stać się modelem dyplomatycznego uregulowania regionalnych i światowych kryzysów.

Godnym uwagi jest to, że Wielka Brytania, Niemcy, Francja podkreślają w umowie aspekt nierozprzestrzeniania jądrowego i twierdzą, że ta spełnia swoje zadanie. Wystąpili w obronie Porozumienia nuklearnego z Iranem i wezwali USA, by nie podejmowały kroków, które mogłyby je podważyć, a tym samym naruszyć cały reżim nierozprzestrzeniania broni jądrowej.

Jak zauważają media, Londyn, Paryż i Berlin wezwały Waszyngton do „opamiętania się”. Prezydent Francji Emmanuel Macron poinformował o nadchodzącej wizycie w Iranie, a szef MSZ Niemiec Sigmar Gabriel powiedział, że polityka Białego Domu odpycha Europę od USA, a co więcej popycha ku współpracy z Chinami i Rosją.

Prezydent Rosji Władimir Putin na początku listopada odwiedzi Teheran, gdzie przeprowadzi rozmowy z prezydentem Iranu Hasanem Rouhanim. Bez wątpienia wśród poruszanych kwestii będzie też przyszłość Porozumienia nuklearnego. Moskwa jeszcze raz potwierdzi swoje wsparcie dla tego międzynarodowego dokumentu.

Rozerwanie Porozumienia nuklearnego z Iranem przez USA nieuchronnie doprowadzi do nadszarpnięcia zaufania do Ameryki, a najgorsze – ogólnie do jakichkolwiek negocjacji dotyczących kwestii nuklearnych „granicznych” krajów, dążących do rozwoju broni jądrowej, w pierwszej kolejności Korei Północnej, a dalej – do upadku reżimu nierozprzestrzeniania broni jądrowej.

Wszystko to uczyni z USA państwo wyrzutka, które nie będzie miało żadnych moralnych praw wzywania kogokolwiek do negocjacji i nowych porozumień jądrowych.

Niewykluczone, że rozumiejąc konsekwencje swojej decyzji o wyjściu z Porozumienia nuklearnego z Iranem, Trump nie zdecydował się bezpowrotnie i ostatecznie ogłaszać o opuszczeniu tego porozumienia przez USA. W warunkach ciężkiej wewnątrzpolitycznej sytuacji w kraju Trump przerzucił odpowiedzialność za tę kwestię na Kongres. Kongresmeni mają 60 dni na zastanowienie się i przyjęcie ustawy o ponownym wprowadzeniu sankcji w związku z odmową prezydenta ws. potwierdzenia realizacji przez Iran umowy jądrowej i jeszcze 10 dni na głosowanie. 24 grudnia powinny wyjaśnić się losy Porozumienia nuklearnego z Iranem. W Ameryce jest mało zwolenników Iranu, ale za to wielu przeciwników Trumpa. Dlatego jeszcze nie wiadomo, jak zachowa się Kongres w grudniu. Gra będzie brutalna, jak w amerykańskim futbolu.

Niewykluczone, że inicjując nową antyirańską kampanię, wymierzoną w porozumienie jądrowe, Trump próbuje sprowokować Iran do samodzielnego wyjścia z Porozumienia. Taki wariant byłby najlepszym dla Trumpa.

Z kolei w Iranie toczy się własna gra, ponieważ jest tam wielu przeciwników tego porozumienia. Aktualnie w kraju zaostrza się walka pomiędzy w miarę liberalnym i reformatorskim otoczeniem Rouhaniego i jego politycznymi i gospodarczymi oponentami.

Wśród nich można wymienić w pierwszej kolejności Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, a także polityków skoncentrowanych wokół rywala Rouhaniego z ostatnich wyborów prezydenckich – Ebrahima Raisiego i radykalnie nastawionych klerykałów. Szczególną uwagę należy poświęcić właśnie Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej – to organizacja, która ma nie tylko wojskową, ale i gospodarczą siłę. I, na potwierdzenie, w okresie najcięższej presji sanacyjnej wywieranej na Iran to właśnie finansowe struktury Korpusu zdołały wypracować drogi obejścia ograniczeń, otrzymując za swoją działalność ogromne sumy pieniędzy. Korpus oczywiście nie był zainteresowany zniesieniem sankcji.

Walka polityczna trwa, i jest bardzo aktywna. I oczywiście Porozumienie nuklearne, program jądrowy Iranu, który stanowi dumę narodową państwa, znajduje się w samym centrum tej walki.

Antyirańska działalność prezydenta Trumpa jest na rękę przeciwnikom Hasana Rouhaniego, który całą swoją karierę prezydencką zbudował na zawarciu umowy jądrowej i wyprowadzeniu Iranu spod jarzma sankcji. Udało mu się osiągnąć pozytywne wyniki gospodarcze. W swoim noworocznym orędziu 20 marca tego roku powiedział: «Naród Iranu, przyjąwszy Porozumienie nuklearne, osiągnął pożądany rezultat: sanacyjne łańcuchy zerwane… Sankcje w sferze bankowej, operacji walutowo-finansowych, w sektorze naftowym i petrochemicznym, ubezpieczeń i transportu - wszystkie „sankcje jądrowe” zostały zniesione, co stworzyło wspaniałe warunki dla działalności gospodarczej naszego narodu». «Jestem pewien – podkreślił prezydent Rouhani – że połączenie sił wewnątrz kraju i konstruktywna współpraca ze światem pozwoli naszej gospodarce kwitnąć i rozwijać się.

I to prawda. W 2013 roku PKB spadało o prawie 6% rocznie, gdy tymczasem w 2016 roku gospodarka Iranu wykazała wzrost o 4-6%. Sukces odniesiono w kwestii walki z inflacją, która obniżyła się z nieoficjalnych 40% do około 10%.

Porozumienie nuklearne wyprowadziło Iran z izolacji. W ciągu 2 lat Teheran odwiedziły dziesiątki liderów państw i rządów, a ilość delegacji handlowo-gospodarczych ciężko zliczyć. Informowano o dziesiątkach umów o wartości miliardów dolarów.

W sierpniu tego roku, przedstawiając medżlisowi nowy skład gabinetu ministrów, prezydent Rouhani oświadczył, że jednym z priorytetów polityki zagranicznej nowego rządu będzie zachowanie porozumienia jądrowego i jego ochrona przed atakami USA. „Najważniejsze zadanie naszego ministra spraw zagranicznych – podtrzymywanie Porozumienia nuklearnego i niedopuszczenie do tego, by USA i nasi przeciwnicy osiągnęli sukces” – podkreślił Rouhani. „Bronić Porozumienia nuklearnego – znaczy stawiać opór wrogom Iranu” – dodał irański prezydent.

Zerwanie Porozumienia nuklearnego, a nawet sama próba dokonania tego przez Biały Dom znacznie wzmocni pozycje przeciwników prezydenta Rouhaniego i jego zespołu, co w rezultacie może doprowadzić do poważnych konsekwencji, nawet do siłowego przejęcia władzy przez przeciwników obecnego prezydenta. Przy takim scenariuszu wydarzeń całkiem możliwe, że Iran wyjdzie z Porozumienia nuklearnego, Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej zostanie odsunięta od kontrolowania działalności jądrowej Iranu, co doprowadzi do aktywacji programu jądrowego Iranu i reanimuje jej komponent wojskowy.

Taki rozwój sytuacji wywoła natychmiastową reakcję USA, Izraela, Arabii Saudyjskiej, co zaowocuje wybuchem jeszcze jednego konfliktu zbrojnego na Bliskim Wschodzie.

Nie mniej niebezpiecznym jest postanowienie Trumpa dotyczące wpisania Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej na listę organizacji terrorystycznych i zrównanie go z takimi organizacjami jak Al-Kaida i Państwo Islamskie.

Teheran niezwłocznie odpowiedział na ten ruch. Szef MSZ Iranu Zarif, nie ujawniając szczegółów, oświadczył, że reakcja Iranu będzie nadzwyczaj ostra.

Z kolei dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej generał Dżafari zasugerował, że organizacja w odpowiedzi na krok Trumpa uzna armię USA za terrorystów i uczyni ją swoim celem, na równi z PI, na całym świecie, a przede wszystkim na Bliskim Wschodzie. Przy tym generał Dżafari z naciskiem rekomendował USA opuścić region bliskowschodni i oddalić się od Iranu na odległość nie mniejszą niż 2000 km (to zasięg irańskich pocisków balistycznych średniego zasięgu). Według niektórych danych irańskie dowództwo przekierunkowało swoje siły rakietowe na cele i obiekty związane z dyslokowanymi na Bliskim Wschodzie amerykańskimi wojskami.

W taki sposób „zimna wojna” USA i Iranu, która trwa już prawie 40 lat, za sprawą wysiłków administracji prezydenta Trumpa konsekwentnie, krok za krokiem, wchodzi w nową, krytyczną fazę. Zagrożony jest nie tylko Iran, nie tylko i tak już gorejący Bliski Wschód, ale również, być może, najważniejsze – czyli reżim nieproliferacji broni jądrowej.

 

Nacisk, jaki wywiera Unia Europejska na Polskę z powodu przejawów „tendencji autorytarnych” w tym kraju, posiada bezkompromisowy charakter. Po raz pierwszy od niespodziewanego zwycięstwa partii nacjonalisty Jörga Haidera w wyborach w Austrii na początku XXI wieku UE rozpatruje wprowadzenie sankcji w stosunku do jednego ze swych członków – Polski. A w ostatnich dniach w kontaktach Polski i Brukseli pojawił się nowy zgrzyt: polski rząd, który obraził się z powodu perspektywy nałożenia na kraj sankcji za „zamach na niezależność sądów”, wysunął wobec Niemiec, grających pierwsze skrzypce w UE, żądanie kompensacji za przestępstwa popełnione przez nazistów na polskich ziemiach w latach 1939-1945, kiedy to podczas samego Powstania Warszawskiego w 1944 roku zginęło nie mniej niż 200 tysięcy Polaków. Niemcy póki co ignorują te sygnały ze strony Warszawy. euobserver.com

Co było przyczyną powstania konfliktu między Polską i UE? Formalne przyczyny przygotowywanych dla Polski sankcji są dwie.

Pierwsza – „mgliste kryteria” (sformułowanie oficjalnego przedstawiciela UE), zgodnie z którymi minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro będzie mianował sędziów sądów okręgowych i apelacyjnych. Tymczasem polski parlament, w którym dominuje nieprzychylna wobec UE partia Prawo i Sprawiedliwość, będzie decydować o składzie Krajowej Rady Sądownictwa.

Formalnie nowa reforma sądownictwa w Polsce przebiega zgodnie z prawem – w zgodzie z nowym ustawodawstwem wprowadzonym do polskiego Sejmu przez PiS, który zwyciężył w ostatnich wyborach. Druga przyczyna gniewu UE, wyraźnie widać, że naciągana, to zasada, że sędziny w Polsce według nowego prawa będą mogły przejść na emeryturę nie w wieku 65 (jak mężczyźni), a 60 lat, co z punktu widzenia Unii Europejskiej jest „dyskryminacją ze względu na płeć”: mężczyźni i kobiety powinni być równi we wszystkim, łącznie z wiekiem emerytalnym.

Uważa się, że główną przyczyną gniewu UE jest nie tyle nowe ustawodawstwo, co władza, jaką nowy system daje partii PiS i nielubianemu przez Brukselę człowiekowi – przedstawicielowi PiS Zbigniewowi Ziobro, który aktualnie jest i prokuratorem, i ministrem sprawiedliwości. Przy pełnej realizacji nowej ustawy Ziobro będzie miał wpływ także na korporację sądowniczą. Tymczasem Ziobro to niekryjący się z tym przeciwnik głównych lobbystów UE w Polsce, a konkretnie liberalnej partii Platforma Obywatelska i jej nieformalnego lidera Donalda Tuska, zajmującego stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej (czyli najwyższe stanowisko w UE). Niedawno polska delegacja w UE bez powodzenia próbowała zaangażować „eurokratów” w wotum nieufności do Tuska, w rezultacie znaczna większość zagłosowała na jego korzyść, a samo głosowanie było poniżeniem dla Polski. Teraz PiS się mści, starając się objąć władzę nad przeciwnikami politycznymi, jeśli nie w Brukseli, to przynajmniej u siebie – w Polsce. Właśnie to rozgniewało Komisję Europejską, która nie uwierzyła nawet w werdykt polskiego Sądu Konstytucyjnego, który uznał nową reformę sądownictwa za zgodną z polską konstytucją. rp.pl

Wraz z pojawieniem się perspektywy znalezienia się pod sankcjami Warszawa, od 2004 roku dumny członek UE, nagle dostrzegła w działaniach sojuszu zagrożenie dla swojej suwerenności. Tak naprawdę – co ma Unia Europejska do procedury powoływania sędziów w Polsce? Tym bardziej że obowiązujące aktualnie schematy powoływania sędziów w Europie bardzo się między sobą różnią, i na przykład w Niemczech minister sprawiedliwości odgrywa dużą rolę w ich powoływaniu. W czasach potępianej teraz w Polsce, lojalnej względem Związku Radzieckiego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (PRL) nawet Moskwa nie ingerowała w te kwestie. Dlatego kiedy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans jasno nakreślił przed Polską perspektywę nałożenia unijnych sankcji w przypadku jeśli Warszawa nie zrezygnuje z nowej reformy sądownictwa, posypały się porównania do Związku Radzieckiego.

I tak Ryszard Legutko, poseł do Parlamentu Europejskiego od rządzącej w Polsce partii PiS, oskarżył Timmermansa o „breżniewizm”. A oficjalny przedstawiciel polskiego rządu Rafał Bochenek oświadczył w wywiadzie dla polskiej agencji PAP: „Nie poddamy się jakiemukolwiek szantażowi ze strony oficjalnych przedstawicieli UE, a zwłaszcza w przypadku gdy ten nie będzie oparty na jakichkolwiek faktach”. euobserver.com

W odpowiedzi Unia Europejska zaczęła stosować wobec Warszawy wiele z tych form nacisku, które wcześniej były używane tylko w stosunku do Ukrainy i Rosji – zaczęły padać oskarżenia o autorytaryzm, dyktaturę, powrót do właściwej społeczeństwom krajów byłego Związku Radzieckiego psychologii zniewolenia. Te obwinienia zostały podchwycone przez lojalną Unii Europejskiej prasę w Polsce – na przykład przez Gazetę Wyborczą. W rezultacie wielu Polaków odebrało te oskarżenia na poważne i krajem wstrząsnęły milionowe protesty.

„Tak naprawdę wrogość Komisji Europejskiej do obecnego parlamentu Polski i utworzonego przez niego rządu partii PiS daje się łatwo wyjaśnić: opozycyjna partia PO to najbliższa UE siła polityczna Polski i Bruksela chce wspierać swoich” – komentuje sytuację deputowany Parlamentu Europejskiego Janusz Korwin-Mikke.

Równie rażącą jak wywieranie przez UE nacisku na Polskę jest ingerencja USA w tworzenie się nowego systemu sądownictwa na Ukrainie. Tam reforma przechodzi według tej samej formuły co w Polsce: najpierw tworzy się Wyższa Rada Sądownictwa i dopiero ona ma pomóc w odnowieniu korpusu sędziowskiego, wyrzucając na bruk sędziów, którzy skompromitowali się podczas teraz oficjalnie potępianego „reżimu Janukowycza”. Odnawianie systemu sądownictwa na Ukrainie rozpoczęło się już w 2016 roku i pierwszy „otwarty konkurs” odbywa się w celu rotacji na 120 stanowiskach w składzie Sądu Najwyższego Ukrainy. I oto bez względu na to, że kandydaci przeszli masę profesjonalnych testów i zostali sprawdzeni przez wiele ukraińskich „biur antykorupcyjnych”, ambasada USA „zgłosiła braki” u 30 ze 120 kandydatów, przy czym poinformowała o tym w najbardziej poniżającej formie – przez Twitter ambasady. Przedstawicielstwo USA faktycznie zażądało ponownego, wnikliwego rozpatrzenia każdej z kandydatur. rian.com.ua

 

To oczywiste, że jawna ingerencja USA i UE w proces tworzenia się korpusu sędziowskiego w Polsce i Ukrainie tylko potwierdza istnienie systemu zakamuflowanych stosunków wasalnych, który USA i UE podtrzymują na przestrzeni długich lat w strefach swoich wpływów. Ale teraz ten konflikt wybrzmiał publicznie, kompromitując wszystkich jego uczestników i same wartości demokratyczne, o których na Zachodzie lubią wspominać przy każdej dogodnej okazji.

 

 

Sytuacja zewnątrzpolityczna i wewnątrzpolityczna presja zmuszają prezydenta Petra Poroszenkę do szukania formuły zachowania władzy. Formuła jest bardzo trudna do znalezienia w kraju, który przeżywa regularne przewroty od 2005 roku, kraju, który żyje pod protektoratem interesów Zachodu, który, zachowując znaczną część starej elity politycznej, pozwolił na pojawienie się nowej „elity” – skorumpowanej politycznym brakiem zasad moralnych, osłaniającej albo ideałami rewolucji (dziennikarze, którzy weszli do polityki), albo „prawdą okopową” ATO i prawem na niej opartym (walczący ochotnicy, „dowódcy batalionu i innych żołnierzy ATO).

Problem ukraińskiej klasy politycznej polega na tym, że dokonując przewrotów politycznych lub przywrócenia dawnego reżimu, nie wyciągają wniosków ani z historii, ani z historii przewrotów światowych. I „pomarańczowa rewolucja” (2005 r.), i tzw. „rewolucja godności” (2014 r.) w swej istocie nie były rewolucjami. Był to przewroty polityczne, ponieważ za problemami ideologii i masowymi protestami stały interesy części elity politycznej i zagranicznych sił politycznych. Ukraińska elita, której część się wybiła, a druga część straciła pozycję i środki, zachowała podstawowe schematy korupcyjne, które w dużej mierze dyktują pewną logikę procesu politycznego. Dzięki historii „pomarańczowej rewolucji” i „rewolucji godności” polityczny światopogląd elit pokrył się grubą warstwą narodowego patriotyzmu i nowej „ideologii państwowej” kraju, dążącego do Europy i NATO.

Obecny prezydent Ukrainy Petro Poroszenko to zgodnie ze swoim pochodzeniem – przedstawiciel starej elity politycznej, który w ciągu dwóch dziesięcioleci wchłonął zasady starej szkoły ukraińskiej polityki:

- bez korupcyjnych schematów nie ma środków ani w polityce, ani w biznesie;

- bez politycznej retoryki nie da się zatuszować tych schematów.

Przewroty w 2005 i 2014 roku, gwałtownie przyspieszyły czas polityczny i historyczny na Ukrainie. I dla najnowszych przedstawicieli elity politycznej Ukrainy, nie mających żadnych środków, z wyjątkiem tych, które dała im w postaci stanowisk i pomocy finansowej stara elita, a także nowego narzędzia - mitingów, to bardzo wrażliwy czynnik. Czują, że tracą i te zasoby. Ta część elit potrzebuje ich natychmiastowej konwersji w zasoby władcze i finansowe.

Jedynym wyjściem dla nowej frakcji elity jest ciągłe zagrażenie władzy i części elity, do której należą zasoby, „fabryki i promy” i kontrolującej podstawowe instytucje władzy. Cele zagrożenia – zachowanie swoich politycznych pozycji za pomocą szantażu elity władzy w celu uzyskania od niej zasobów - władzy i finansów.

Tak właśnie narodził się „majdan 3.0”. (interaffairs.ru) Powstał na skutek procesu separacji warstw elity, gdy nowa elita nagle poczuła, że znów ją pokonano, że ekonomiczne schematy działają bez nich. Ale bez nich pracują nie tylko schematy, jak się okazało, bez nich może pracować i sama władza. Swoimi ostatnimi działaniami władza potwierdziła, że nie zamierza iść na ten stopień radykalizacji i demokratyzacji, która zagraża obecnemu systemowi.

Wskaźnikiem tego procesu stały się próby zerwania stosunków z Rosją i przyjęcia ustawy o zmianie zasad mianowania szefów administracji i ich zastępców. Historie te rozwijają się w kontekście „majdanu 3.0”. Zirytowana protestująca część elity już poinformowała o eskalacji kontrrewolucji i obraniu kursu na impeachment prezydenta Poroszenki, „narodowego impeachmentu”, ponieważ rozumie, że demonstranci nie posiadają środków, aby wpłynąć na instytucje władzy dla przeprowadzenia procedury impeachmentu.

O czym też mówią protestujący za pośrednictwem byłego odeskiego gubernatora Micheila Saakaszwilego, którego wybrali za swój symbol: „...deputowany Rady z partii «Swoboda» Jurij Lewczenko, przemawiając na wiecu, wezwał do «obalenia obecnej władzy». «Jeszcze cztery lata temu nikt nie myślał, że będziemy się gromadzić, aby przepędzić tę władzę” — powiedział. «Mamy zamiar przeprowadzić w kraju zamachu stanu, ale nie państwowy, a w świadomości ludzi» — powiedział Saakaszwili. (...) Wcześniej Saakaszwili poinformował o zamiarze rozpoczęcia «narodowego impeachmentu prezydenta Poroszenki w przypadku, jeśli ukraińskie władze «będą nadal ignorować» wymagania protestujących. «Jeśli oni nadal będą ignorować nasze wymagania... to 3 grudnia proponuję rozpocząć proces narodowego impeachmentu. Niech naród to zrobi»” — powiedział. (russian.rt.com)

„Niech naród to zrobi” - oświadcza Saakaszwili i jego zwolennicy z „majdanu 3.0”. Ale jest to słaba pozycja. Do nowego zamachu stanu, do zachwiania parlamentem, organami władzy i sytuacją w poszczególnych regionach kraju, do finansowania „akcji narodowych” potrzebne jest wsparcie znaczącej części elity. Parlament reprezentowany przez większość popiera teraz prezydenta, akcje protestu już dawno opuściła partia Julii Tymoszenko („Batkiwszczyna”) i „Samopomoc” - organizacje polityczne, zintegrowane ze strukturą władzy i posiadające zasoby finansowe. A to mówi o zmęczeniu graczy, posiadających zasoby, majdanami, ich wyraźnej niepewności i niechęci, przynajmniej w tej chwili, uczestniczenia w potencjalnym zamachu stanu i jego finansowaniu.

Dlatego, póki co Poroszenko wygrywa. Podczas gdy Saakaszwili protestuje pod budynkiem Rady Najwyższej, a szereg polityków i sił politycznych walczą o zerwanie stosunków dyplomatycznych z Rosją, prezydent Ukrainy uparcie nie zauważa Saakaszwilego i blokuje na etapie projektu ustawy antyrosyjskie inicjatywy. 8 listopada prezydent Poroszenko na posiedzeniu frakcji „Blok Petra Poroszenki” wystąpił przeciwko zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Rosją. (lb.ua)

Co jest powodem takiej pozycji Poroszenki, odmiennej od głównego nurtu ukraińskiej polityki? Wydawałoby się – to wspaniały temat do odciągnięcia uwagi mediów i społeczeństwa od problemów polityki wewnętrznej i gospodarki. Na zerwanie stosunków dyplomatycznych z Rosją Poroszenko pójść nie chce, ponieważ czas na ich zerwanie (w jego interesie) dawno minął, a przyjęcie takiego rozwiązania teraz oznaczałoby poważne pogorszenie pozycji negocjacyjnej Ukrainy wobec Donbasu, nowe problemy dla ukraińskich obywateli, pracujących w Rosji, a dla samego Poroszenki – pogorszenie pozycji jego polityki zagranicznej. A wszystko to na tle zbliżających się wyborów prezydenckich.

Jednocześnie zmieniono system mianowania gubernatorów. (rian.com.ua)

Dlaczego Rada poparła nowy schemat mianowania gubernatorów? Bo te dodatkowe filtry (komisje konkursowe, plebiscyty, itp.) utrudniają porozumienia między grupami finansowo-politycznymi, które od zawsze dzielą między sobą regiony, prowadzą przetargi na gubernatorów. A grupy finansowo-polityczne stoją za każdą z frakcji parlamentarnych. W tym samym czasie Poroszenko umacnia swoją władzę, swoje pozycje przed wyborami prezydenckimi.

Prezydentowi Poroszence i osobom, które zajęły niezachwiane pozycje politycznych przywódców ukraińskich partii, narzędzia w postaci protestów politycznych nie są teraz potrzebne. Wchodzą w okres porozumień wyborczych i sojuszy, prezydentowi opłaca się negocjowanie z silnymi graczami i można nie zwracać uwagi na te postacie i zdarzenia, które nie niosą poważnego zagrożenia.

 

Ukraińska władza na przykładzie tej sytuacji pokazuje twardą zależność od interesów klasy rządzącej. Wygląda na to, że Poroszenko zdecydował się wykorzystać pozostały czas dla politycznych manewrów nie patrząc na zewnętrzne siły i zagranicznych partnerów. Dlatego wzmacnia swoje władcze zasoby, nie zwracając uwagi na zarzuty „skradania się kontrrewolucji” i blokuje niepotrzebne mu inicjatywy. I do tego schematu walki o władzę „majdan 3.0” w żaden sposób nie pasuje. 

 

Strona 1 z 3